Zenon Laskowik: Skończmy z krajem władzy

O państwie minimum, Erazmie z Rotterdamu, scenicznej drodze i „śmiechawce” z Zenonem Laskowikiem, twórcą legendarnego kabaretu TEY, po jubileuszowym występie w toruńskim Dworze Artusa, rozmawia Tomasz Więcławski

Ubawił się pan dzisiaj?

Tak. Jak złapię kontakt z widzem i wewnętrzne emocje, poczuję to na sensorach – to lecę. Kontakt z publicznością jest bardzo istotny. Wchodzi się do innego świata, który kocham, lubię i wszystkich do niego zapraszam.

Pytam z tego względu, że znane jest w środowisku kabaretowym stwierdzenie, iż występ jest udany, gdy najbardziej roześmiany wychodzi z niego ten, który miał rozbawiać.

To święta prawda. Pomysł, który wpada mi do głowy, najpierw musi bawić mnie samego. Wtedy mam gwarancję, że może to chwycić i rozbawić widza. Oczywiście, wymaga to pewnej obróbki i otoczki, ale tak kiełkują skecze czy monologi. Widz musi zrozumieć, że w przekazywanej mu opowieści jest żart, który tańczył obok niego, ale wcześniej go nie zauważył (śmiech). Któryś z mądrych filozofów powiedział, że każdy z nas czuje się przez pięć minut każdego dnia głupcem. Sztuką jest to, żeby tego limitu nie przekraczać. Moment rozbawienia przychodzi wtedy, gdy się do tego przyznamy.

Inspiracja – wyświechtane słowo. Coś jednak człowiekiem powoduje, że nadal wychodzi na scenę.

Mam pewną zasadę. Zanim wystąpię – muszę mieć pomysł. Nie odcinam kuponów i wypalony nie przychodzę bawić ludzi. Umiem się przed sobą do tego przyznawać. Salto mortale i wyjście z drugiej strony. Trzeba się na nowo znaleźć w otaczającej rzeczywistości. Zmienił się rząd, ustrój, ale człowiek się nie zmienił. Stereotyp mentalności jest ten sam. Jej postać niewolnicza i związkowa cały czas występuje. Frustracja u wielu spowodowana jest tym, że jedni siedzieli przy „okrągłym stole”, a inni pod nim. Ci drudzy myśleli, że ci pierwsi o nich pamiętają. A tu się okazało, że zapomnieli (śmiech). Straszenie i rozpierducha związków zawodowych na ulicach nie pasuje do obecnych czasów. Nie czuję tego. Trzeba twardo z kapitalistami rozmawiać, ale nie zadymą.

Często bywa pan smutny patrząc przez okno?

Interesuje mnie obecnie dyscyplina komiczna. Szereg żartów opowiadamy bez słów, bo obraz i scena wystarcza widzom za cały przekaz. Czemu ludzie się śmieją, gdy wkładam pieniądze do urny? Bo to wszystko jest w nas. Znamy się jak łyse konie. A komik, jak wiadomo, płacze śmiechem. To wewnętrzne łzy z bezsilności. Nic nie dzieje się od zaraz. Ale w stronę zmian trzeba wszystko pchać. Mamy moralne prawo wprowadzić do przestrzeni publicznej tekst, że dzienny obrót planety zaczyna się o 5.40, a nocny 21.20. Niech taki tekst zafunkcjonuje w radiu, gazecie, telewizji. Wtedy każdy zda sobie realnie sprawę, że ziemia się kręci. Gdy kwiat rozumu – rozsądek – dojrzeje, to możesz startować w życie. Gdy jesteś nierozsądny, miej pretensje do siebie, a nie do innych.

Obecny program, z którym występował pan w Toruniu, jest mocno refleksyjny. Złapałem się na tym, że słucham i sam nie wierzę: Laskowik skłonił mnie do zastanowienia nad śmiercią i przemijaniem. Z jednoczesnym bananem na twarzy.

Nie ucieknie się od przemijania. Erazm z Rotterdamu stwierdził, że prawda ma dziwną moc rozweselania. Jeżeli człowiek nie czyni z tego odkrywania Ameryki, ale cieszy się z każdego dnia, to jest mu łatwiej. Budzę się codziennie rano i myślę, że wielu już nie dało rady. A ja jeszcze jadę do Torunia (śmiech).

Wiele starszych osób mi powtarza, że za komuny Polska była szara, ale ludzie kolorowi i roześmiani. Teraz mamy wokół wiele barw, ale jacyś tacy smutni jesteśmy.

Jest w tym coś. To sprawa duszy.

Trudne momenty Polak przyjmuje z większym dystansem?

Jesteśmy wśród narodów świata największymi szczęściarzami. Naszą bolączką jest to, że państwo ciągle zawłaszcza władzę i nie chce zaufać obywatelowi. To scheda po poprzednim ustroju. Chociaż jeszcze tu i ówdzie, dobrze ma się bieda, warto wciąż pamiętać, po kim jest ta scheda. Państwo powinno być ograniczone do minimum. Weźmy słowo „minister” – przecież ono wskazuje na jego kompetencje, które mają być mini. Można zwariować z tym wszystkim. Damy sobie radę, tylko nam pozwólcie, do cholery. Skończmy z krajem władzy. Wiele jednak zależy od nas i musimy wymusić, żeby rząd nam służył. Za nasze pieniądze kreuje się władza, a nie odwrotnie.

„Śmiechawka” – dopada każdego z nas. Na scenie kiedyś nie mógł jej pan powstrzymać?

Wielokrotnie. Próbuję ją powstrzymywać przygryzając wargę. Ale jak to wybuchnie, to nie ma siły. Śmiech jest przymiotem naszej duszy. Gdy coś sobie pan skojarzy, to nie ma na to siły. Ludzie popatrzą się jak na dziwaka i zapytają sami siebie, z czego się ten głupek śmieje. Trzeba to przyjąć na klatę. Nie ma się co kreować na wielki teatr, ale pokazywać rzeczywistość.