W Jarużynie najlepiej leczą… konie

Wyczekiwali go od lat. Kochali dzieci, dlatego tak bardzo marzyli o własnym. Wreszcie, pięć lat po ślubie, udało się. Katarzyny i Marcina nie ominął zakupowy szał i radość z wyboru pierwszego łóżeczka czy dziecięcych ubranek. On, pasjonat piłki, marzył o synu, wspólnych wyprawach nad jezioro i grze w piłkę. Pragnął, żeby mały grał kiedyś w klubie. Jego rodziców nie było stać na sportowe stroje i obozy. Obiecał sobie, że syn nigdy nie usłyszy odmowy, gdy poprosi o marzenia. Kupił mu już nawet pierwszą pluszową piłkę. Adaś jednak nigdy nią nie zagrał. Katarzyna była pewna, że syn ma problemy ze słuchem. Co prawda, miał wtedy dopiero siedemnaście miesięcy, ale nie reagował w sposób oczywisty na jej głos. Czasem odwrócił się, gdy coś powiedziała, ale nigdy nie miała pewności, że to z tego powodu. Nie odwzajemniał też jej uśmiechów.

– Na początku myślałam, że jest zbyt młody, by brać udział w interakcji – mówi. – To nasze pierwsze dziecko, nie miałam jeszcze doświadczenia i porównania z tym, jak zachowują się inne.
Dwa miesiące później usłyszeli z mężem coś, co było dla nich jak wyrok. Mały wcale nie był smutnym dzieckiem. Nie odwzajemniał uśmiechów, bo nie był w stanie wyczytać z ich twarzy emocji. Specjaliści powiedzieli wtedy, że autystyczne dzieci często nie potrafią reagować na gesty, bo ich nie odróżniają. To, że będzie można mu pomóc, zapisać na rehabilitację czy hipoterapię, usłyszała już przez mgłę.

***

Według Monty’ego Robertsa konie są autystyczne. Nie lubią kontaktu wzrokowego i źle znoszą to, gdy podchodzi się do nich na wprost. Nie lubią też, jeśli ktoś wkracza w ich przestrzeń życiową. Osoby autystyczne i konie podobnie reagują jedynie na aktualne sytuacje, myślą obrazami i porozumiewają się za pomocą gestów. To, zdaniem wielu ekspertów, jest kluczem do ich wzajemnego zrozumienia. Dzieci autystyczne łatwo zaprzyjaźniają się z koniem, co otwiera im drogę do nawiązania kontaktu również z ludźmi.

Toffiego, Windsora i Dunaja, pacjenci Bydgoskiego Towarzystwa Hipoterapeutycznego „Myślęcinek” znają doskonale. Widok tych koni niejednemu z nich na twarzy wymalował uśmiech, a one same dały poczucie władzy nad ruchem setkom tych chorych, którym zabrał je los. Ewa Ziętak, prezes bydgoskiego towarzystwa, podobnych uśmiechów w Jarużynie widziała już wiele.

– Dokładnie nie pamiętam, ile lat temu przyszłam tu na zastępstwo – mówi z uśmiechem. – Tak wyszło, że trwa ono już kolejne lata. Hipoterapia i pomaganie innym stało się moją pasją. U nas głównym terapeutą jest koń. Wykorzystujemy jego walory do pracy z osobami chorymi. Niezależnie od tego, czy trafiają do nas pacjent z upośledzeniem umysłowym czy fizycznym. Koń, jako jedno z niewielu zwierząt, potrafi na te płaszczyzny oddziaływać jednocześnie. Toffi, Windsor i Dunaj przekazują pacjentom impulsy, które wynikają z ich naturalnego ruchu, a które imitują proces chodzenia. Dają też wielu chorym poczucie spełnienia, dumy i bezpieczeństwa.

***

Tak było również w przypadku Adama. Wcześniej nie chciał bawić się pluszową piłką. Uśmiechał się sporadycznie, a rodzice nie byli wtedy pewni, co jest tego przyczyną. Czasem robił to, gdy patrzył na ścianę lub bawił zabawkami. Dokładnie tak samo uśmiechał się jednak także, gdy mówili mu, że go kochają.

Adama na zajęcia hipoterapeutyczne zapisali, gdy miał cztery lata. Nie bał się. Po jedenastej wizycie zauważyła, że syn uśmiecha się na widok konia. Po piętnastej była już pewna, że jest to radość okazywana świadomie.

– Każda wizyta była dla nas jak zaproszenie do szczęścia – dodaje. – Byliśmy z Marcinem dumni z postępów, które udało mu się zrobić.

***

Dziesiątki takich historii widziała też w swoim ośrodku hipoterapeutycznym Ewa Ziętak. Organizacji o takim charakterze jest w Polsce jedynie kilka, dlatego jej progi przez lata działalności przekraczali ludzie, którzy musieli mierzyć się z różnymi problemami. Od skoliozy i niedowładu kończyn, po ADHD i chorobę Alzheimera.

– Niezależnie od tego czy pacjenci cierpieli na niepełnosprawność fizyczną, czy umysłową, zauważyłam jedną prawidłowość – dodaje z uśmiechem. – Nie bez powodu mówi się, że największe szczęście na świecie na końskim siedzi grzbiecie. Hipoterapia, jako atrakcyjna i przyjemna forma zajęć, daje choremu kontakt z naturą i zwierzętami, działa na pacjentów mobilizująco i zachęca ich do współpracy.

Zajęcia hipoterapeutyczne podnoszą ogólną sprawność, normalizują napięcie mięśniowe, poprawiają równowagę i poczucie rytmu. Dzięki nim lepsza staje się także orientacja w schemacie własnego ciała oraz w przestrzeni, zwiększa się poczucie własnej wartości, a poprawie podlegają funkcje patrzenia, słyszenia czy myślenia. Zwiększają się także parametry procesów uwagi i pamięci. Rośnie poczucie aktywnego oddziaływania na otoczenie.

– Czasem wierzchowiec pobudza syna jedynie do ruchu, a innym razem uruchamia pokłady jego emocji – dodaje matka Adama. – Napędza go do wykonywania trudnych w innych warunkach poleceń. Konie również uczą się ludzi i ich zachowania. Dzięki temu mam okazję oglądać ich niemą przyjaźń. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że praca ze zwierzęciem może dać człowiekowi tyle dobrego.

***

Dziś Adam z terapii korzysta już trzeci rok. Świat, w obrębie którego funkcjonuje, w całości zna tylko on sam. Zdarza się, że przez długie godziny nie wpuszcza do środka nikogo. Jednak dzięki hipoterapii uśmiecha się do rodziców znacznie częściej. To zawsze zapowiada moment, w którym komunikacja z nim jest łatwiejsza.

Kto wie, może już niedługo zagra z tatą w piłkę.