Trenował zawodowo tenis, aby ostatecznie stworzyć błyskawicznie nową drużynę. Kim jest Radosław Osuch?

Zaczynał jako tenisista w poznańskiej Warcie. Był zdolnym juniorem. Z kolegami z sekcji grali przeciwko rówieśnikom z klubu, którzy trenowali piłkę nożną. Wiele nie odstawali. Do menedżerki nakłonił go Tomasz Jarzębowski, z którym spędzał wakacje. Po kilku latach większość składu reprezentacji kraju stanowili jego piłkarze. Kim jest Radosław Osuch?

Klub piłkarski Zawisza Bydgoszcz istnieje od 1946 roku. Zdobyte w tym roku Puchar i Superpuchar Polski są bezprecedensowymi osiągnięciami w jego historii. A jeszcze w sezonie 2010/2011 zawodnicy z miasta nad Brdą biegali po boiskach II ligi. Awansowali o jeden szczebel rozgrywkowy, ale nikt nie spodziewał się, że przyjdą dla bydgoskiej piłki złote lata.

– Myślałem o kupnie klubu będąc jeszcze menadżerem piłkarskim – wskazuje Radosław Osuch, właściciel Zawiszy Bydgoszcz. – Taki namysł trwał blisko rok. Jestem poznaniakiem, ale rozglądałem się po całej Polsce. Padło na Bydgoszcz – duże miasto z zespołem o długiej historii i fajnym obiektem. Gdy postawiłem jasny cel – awans do Ekstraklasy – wszyscy wokół się śmiali. Wiedziałem jednak, co trzeba zrobić, żeby tego dokonać.

Tenis pierwszą miłością

Zanim jednak Radosław Osuch objął stery Zawiszy, nie był osobą nieznaną i obojętną środowisku piłkarskiemu w Polsce. Trudno wskazać innego menadżera piłkarskiego, który z taką regularnością wynajdywałby piłkarzy stanowiących później o sile reprezentacji Polski. Jego kontakty wykraczały daleko poza granice naszego kraju. Z tych, które ma do dziś w Portugalii, miała w przyszłości skorzystać bydgoska drużyna. Lista piłkarzy, z którymi współpracował, jest bardzo długa, a otwierają ją takie nazwiska jak Artur Boruc, Paweł Brożek czy Dariusz Dudka. Piłka nożna nie była jednak sportem, który towarzyszył menadżerowi od zawsze.

– Byłem aktywnym sportowcem do 19. roku życia – mówi Radosław Osuch. – Trenowałem tenis ziemny. Jeździłem nawet po Europie i jako junior znaczyłem coś na rodzimym podwórku. Wiedziałem jednak, że nie zrobię kariery międzynarodowej, więc to rzuciłem. Tenisiści bardzo lubią grać w piłkę nożną, a ja do tego mocno interesowałem się tą dyscypliną. Później miałem wiele lat przerwy od sportu, a potem prowadziłem korty tenisowe w Poznaniu. Mój starszy syn Kajetan był nawet mistrzem Polski juniorów w tenisie ziemnym. Młodszy – Kacper – tyle nie osiągnął, chociaż od nas obu miał więcej talentu. Rodzina mojej żony, to rodzina Tomka Jarzębowskiego, wieloletniego piłkarza Legii Warszawa. To on wkręcił mnie w ten biznes.

Wszyscy znajomi właściciela Zawiszy zgodnie twierdzą, że jest to człowiek, który nie potrafi działać na pół gwizdka. Jeżeli się w coś angażuje, to ma plan i wie, co chce osiągnąć. Tacy ludzie często budzą skrajne odczucia – część ich kocha, a część nienawidzi.

– Ludzie mogą mówić o Radku, co chcą, ale nikt nie odbierze mu tego, że z zaściankowego zespołu, który o ekstraklasie nie mógł nawet marzyć, zrobił klub z powodzeniem rywalizujący z Legią, Lechem czy Wisłą Kraków – mówi znajomy właściciela bydgoskiego klubu. – Myślę, że władze Bydgoszczy nie spodziewały się, iż tak szybko uda mu się osiągnąć takie sukcesy.

Specyficzne podziękowanie

Cieniem na sukcesach klubu, jakim bez wątpienia są Puchar i Superpuchar Polski, jest postawa bydgoskich pseudokibiców. Trudno o inny przykład zespołu w Polsce, a nawet w Europie, który po spektakularnym dźwignięciu z piłkarskiego niebytu musi borykać się z agresją fanów wobec właściciela. I nie chodzi już nawet o agresję słowną, bo przyśpiewki kibiców Legii w stosunku do ITI znają wszyscy w Polsce, ale nie jest normalną sytuacja, w której „fani” zespołu wybijają szyby w domu jego właściciela.

– Gdybym zaprzepaszczał szanse tego zespołu i sprowadzał go na dno, to bym to zrozumiał – wskazuje Radosław Osuch. – Nie ma mowy o żadnym konflikcie, bo ja z nikim skonfliktowany w tej sprawie nie jestem. To tak, jakby musiał pan udowadniać, że nie jest pan wielbłądem.

Część osób w Bydgoszczy, zrzeszonych w stowarzyszeniu kibiców, nie może pogodzić się z tym, że ich wpływ na klub jest mniejszy niż wtedy, gdy grał on w II lidze. Przyczynkiem do eskalacji napięcia miał być mecz Zawisza-Widzew, na który bydgoscy kibole zaprosili fanów ŁKS-u. Trudno wierzyć, że razem chcieli odmawiać różaniec. O akcję policji przeciwko chuliganom i niewpuszczenie „ełkaesiaków” na stadion pseudokibice oskarżają Osucha. Nie mogą zrozumieć, że piłkarze stanęli po stronie właściciela.
Nie ma jednak powodu, żeby poświęcać im aż tyle miejsca. Znacznie ważniejsze wydaje się to, co w klubie udało się w ostatnich latach osiągnąć.

Jedna wielka rodzina

– Całość zespołu, w sensie personaliów piłkarzy i trenerów, jest moim autorskim pomysłem – mówi Radosław Osuch. – Traktuje ich wszystkich jak swoje dzieci. Dziennie przeprowadzam z członkami drużyny kilka rozmów. Wiem, co dzieje się u nich w domu, jakie mają problemy i w czym mogę im pomóc. Zarabiają, jak na polskie realia piłkarskie średnio, a uważam ich za bohaterów, bo dają z siebie na treningach wszystko. Prowadzę ten klub nie dla pieniędzy, a dla emocji. Wie pan co się czuje, kiedy na stadionie narodowym wygrywa się Puchar Polski? Tego nie da się kupić za żadne pieniądze.

Poukładania bydgoskiego klubu zazdroszczą w wielu ośrodkach w Polsce. Piłkarze, którzy skończyli karierę, jak Hermes czy Łukasz Skrzyński, zostają w klubie i chcą dla niego pracować.

– Będziemy budowali Zawiszę dalej – deklaruje Osuch. – Zapału i chęci do pracy mi nie brakuje. A spotkania takie, jak w Lidze Europejskiej, są tylko wisienką na torcie.