Seks, zazdrość i plakaty na słupach

Mieszkańcom spieszącym po ostatnie przedświąteczne zakupy ukazał się widok rozlepionych wszędzie plakatów ze zdjęciami dyrektorki Gminnego Ośrodka Kultury i Sportu uprawiającej seks ze swoim partnerem.

Poruszenie po tym zdarzeniu można chyba porównać tylko do efektu huraganu. Nie było wątpliwości, że ktokolwiek to zrobił, z rozmysłem wybrał moment tuż przed świętami, by zadać dyrektorce jak najwięcej bólu i cierpienia. Zdjęcia pochodziły z telefonu partnera dyrektorki Doroty Ratajczak, a ten twierdził, że zostały mu skradzione przez jego byłą partnerkę. Później okazało się, że kiedy wybuchł skandal, kobieta przebywała na wakacjach za granicą.

Do sprawy szybko wkroczył znany w całej Polsce detektyw Rutkowski, który okazał się znajomym pokrzywdzonej dyrektorki. Jak zwykle buńczuczne zapowiedzi pierwszego śledczego kraju, że rychło znajdzie winowajcę, okazały się mocno przesadzone. Chociaż niedługo minie rok od wybuchu seksafery, nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej za to, co się stało.

Dorota Ratajczak, mimo że jest w tej historii osobą najbardziej pokrzywdzoną, postanowiła poinformować o sprawie swojego pracodawcę, czyli wójta gminy Radosława Ciechackiego. Ten nie odniósł się do sprawy w żaden konkretny sposób. Jakby mało było upokorzeń dla dyrektorki GOKiS, temat pojawił się na sesji rady gminy, ale radni również schowali głowę w piasek i nie skomentowali skandalicznego zajścia.

Nie mieli jednak wątpliwości w sprawie podjęcia uchwały, która wzywała dyrektorkę placówki do oddania się do dyspozycji wójta. Kobieta do 22 stycznia przebywała formalnie na urlopie, ale było niemal pewne, że gmina nie przedłuży z nią umowy o pracę.

Sam włodarz gminy podtrzymuje ówczesne stanowisko w sprawie Doroty Ratajczak.

– Zachowałbym się teraz dokładnie tak samo, jak zrobiłem to wtedy – mówi wójt Ciechacki. – Dalsze zachowanie pani Ratajczak tylko potwierdziło moje przypuszczenia, że nie jest to osoba godna zaufania.

Radosław Ciechacki twierdzi, że niepokojące sygnały na temat kierowniczki docierały do niego już rok wcześniej, jednak uznał, że rozmowa, jaką wtedy z nią przeprowadził, wystarczy.

Dorota Ratajczak wytoczyła sprawę instytucji, w której pracowała, o bezpodstawne rozwiązanie umowy o pracę. Pierwsza rozprawa odbędzie się 9 listopada. Była kierowniczka nie chce przywrócenia do pracy, będzie jedynie żądać satysfakcji finansowej.

– Życzę jej, żeby jak najlepiej wiodło jej się w życiu zawodowym i chciałbym, żebyśmy rozstali się bez zbędnych emocji – mówi wójt gminy. – Chyba wszyscy mamy już dość emocji związanych z tą sprawą.

Mimo upływu czasu emocje w gminie związane z seksskandalem nie opadły do końca. Temat nadal wraca w rozmowach mieszkańców. Nie wiadomo tylko, czy ktoś kiedykolwiek odpowie za zrujnowanie życia kobiecie, która do końca swoich dni będzie zmagać się z traumatycznymi wspomnieniami.

Redakcji nie udało się skontaktować z Dorotą Ratajczak ani z jej partnerem.