Rozmawiamy z detektywem o tajnikach jego pracy

Z detektywem Arkadiuszem Surmińskim, właścicielem firmy szpiegostwo.com, o tajnikach pracy, sposobach pozyskiwania informacji i wykorzystywanym przy tym sprzęcie, rozmawia Tomasz Skory.

Gdy słyszymy „detektyw”, przed oczami często staje nam obraz Sherlocka Holmesa. Ile prawdy tkwi w stereotypach na temat tego zawodu?
Dziś już detektywi nie chodzą w płaszczach, za bardzo rzucaliby się w oczy. Od czasów Sherlocka wiele się zmieniło. Jeszcze niedawno wyobrażano sobie, że to starszy mężczyzna, przeważnie były policjant czy milicjant. Tymczasem dziś może nim być dwudziestolatek w czapce z daszkiem i zainstalowaną w niej minikamerą operacyjną. Teraz większą rolę gra technologia, za pomocą której zdobywa się informacje. To jednak nie zwalnia z myślenia. Podobnie jak kiedyś, nic się nie zdziała bez odpowiedniej wiedzy, intuicji i doświadczenia.

Kto zatem tak oficjalnie może zostać prywatnym detektywem?
Według polskiego prawa, może zostać nim każdy obywatel Polski, niekarany i niepozbawiony praw obywatelskich. Największy problem stanowi niekaralność. Już w momencie, gdy przeciwko takiej osobie prowadzone jest postępowanie karne, komendant wojewódzki policji może zawiesić lub cofnąć mu uprawnienia.

Jakie kompetencje mają detektywi?
W porównaniu do policji możemy tak naprawdę bardzo mało. Mam tylko możliwość uzyskiwania i przetwarzania informacji, oczywiście w granicach prawa. Oznacza to na przykład, że jeśli pójdę do wydziału komunikacji urzędu miasta, wylegitymuję się „blachą” i podam numer rejestracyjny interesującego mnie pojazdu, dowiem się, na jakie nazwisko jest on zarejestrowany. Gdybym nie był detektywem, nikt by nie udzielił mi takiej informacji. Zebranych danych nie mogę jednak pokazywać nikomu poza sądem lub prokuraturą (wymagany nakaz), nawet policji.

Czy na naszym rynku jest duża konkurencja w tym zawodzie?
Przyznam, że nie wiem. Nie jest to raczej branża, w której śledzi się poczynania konkurencji. W Bydgoszczy działa kilku detektywów, często są to jednak filie biur detektywistycznych znajdujących się poza naszym województwem. My na brak pracy nie możemy w każdym razie narzekać. Jesteśmy jedyną firmą w regionie, która oferuje tak szeroki zakres usług. Nie tylko posiadamy sprzęt szpiegowski na własny użytek, ale też go wykrywamy, sprzedajemy, wypożyczamy lub budujemy na zamówienie.

Od jak dawna związany jest Pan z branżą?
Zaczęło się dziesięć lat temu zleceniami od innych detektywów. Zajmowałem się wówczas odzyskiwaniem danych z komputerów, a mnóstwo dowodów jest dziś zapisywanych w postaci cyfrowej. Kolejnym krokiem była informatyka śledcza, a następnie detektywistyka. Bez wątpienia to ciekawa praca, ale to niełatwy kawałek chleba. Z tym co widzimy w telewizji, w takich programach jak „Zdrady”, ma niewiele wspólnego. Czasem trzeba spędzić 30 godzin w jednym miejscu, by zarejestrować 3 minuty nagrania. Bywa, że w ogóle się to nie udaje i trzeba szukać innego sposobu na zdobycie informacji.

Z jakimi sprawami zgłaszają się do Pana klienci?
Są bardzo różne i jest ich bardzo wiele. Od podejrzeń o zdradę, przez sprawdzanie niań i opiekunek, szukanie źródeł wycieku informacji z firm, przemoc i mobbing, po poszukiwanie osób zaginionych lub ukrywających się. Zdarzają się sprawy, które rozwiązujemy w kilka godzin oraz takie, na które potrzebujemy kilku dni. Bywa, że odmawiamy wykonania zlecenia.

W jakich sytuacjach wolał Pan odmówić?
Otrzymywałem już zadania za naprawdę ciężkie pieniądze, których nie chciałem się podjąć, bo z daleka pachniały „ciemnym” interesem. Na pewno nie zrobię niczego ewidentnie niezgodnego z prawem, bo mógłbym narobić sobie kłopotów. Poza tym, dowód zdobyty w sposób nielegalny zostanie podważony przed sądem. Zawsze zastanawiam się najpierw, czy pożądane informacje da się zdobyć zgodnie z prawem. Wolę poczekać trochę dłużej i nagrać kogoś, jak się spotyka z kochanką w miejscu publicznym, niż jak robi to w czyimś domu, bo z dowodem zdobytym w ten sposób i tak nic nie zrobię.

Zarzucił ktoś Panu kiedyś, że wykonując swoją pracę, narusza czyjąś prywatność, wtyka nos w nie swoje sprawy?
Spotkałem się z opinią, że praca detektywa jest nieetyczna. Paradoksalnie, część z tych osób, która mi to zarzucała, sama później prosiła mnie o pomoc w zdobyciu pewnych informacji. Czasem pytam też z ciekawości ludzi, którzy chcą, bym zdobył dowody na niewierność męża lub żony, czy samemu nigdy nie zdradzili swoich partnerów. Słyszę często wtedy, że była to zupełnie inna sytuacja (uśmiech).

Klienci częściej proszą Pana o pomoc, czy wolą wynająć sprzęt, by zdobyć pożądane informacje na własną rękę?
Więcej osób woli wynająć sprzęt niż detektywa, bo tak jest taniej. Czasem zresztą sami sugerujemy klientowi, że lepiej będzie, jeśli sam założy podsłuch, bo ma łatwiejszy dostęp do jakiegoś miejsca i jemu po prostu wolno, a nam nie. Ceny sprzętu są bardzo zróżnicowane, ale tego dobrego nie kupi się przez Internet.

„Afera podsłuchowa” odbiła się jakoś na popularności urządzeń szpiegowskich?
Trochę, bo pojawiło się więcej pytań o podsłuchy. Samo „Wprost”, po opublikowaniu nagrań, zgłosiło się do nas z pytaniem, czy w związku z rozgłosem po aferze, nie jesteśmy zainteresowani wykupieniem u nich reklamy (uśmiech).