Pożenił trzy pokolenia

Pan Beniamin przez 46 lat pracował w Urzędzie Stanu Cywilnego w Dąbrowie Chełmińskiej. (fot. Łukasz Piecyk)

Na stanowisku kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Dąbrowie Chełmińskiej przepracował 42 lata. W lutym odchodzi na zasłużoną emeryturę. Z Beniaminem Brzyskim rozmawia Robert Kamiński.

42 lata jako kierownik USC, a 46 lat pracy w urzędzie w ogóle. Kawał czasu…

Rzeczywiście. Nawet człowiek nie wie, kiedy to zleciało. Pracować rozpocząłem w roku 1971 jako stażysta. Po dwóch latach zostałem mianowany kierownikiem USC. Wytrwałem na tym posterunku, z małą przerwą na sekretarzowanie gminie, po dziś dzień.

Urząd Stanu Cywilnego to urodzenia, śluby, zgony. W którym dziale pan zaczynał?

Tego typu podział ma miejsce jedynie w dużych miastach. W Dąbrowie Chełmińskiej wszystko jest w jednym. Zajmowałem się więc po trosze wszystkim.

Oczywiście pierwsze skojarzenie z USC to ślub. Jako kierownik musiał pan, rzecz jasna, ich udzielać. 

Tak. Początkowo było to około 70, 80 uroczystości rocznie. Później nieco mniej.

To oznacza, że w pańskiej karierze udzielił pan ponad 2000 ślubów. 

Tak by wychodziło. Ma pan rację: kawał czasu…

Skoro tak, to nigdy nie uwierzę, że w tym czasie nic ciekawego się nie wydarzyło… 

Ano, wydarzyło się. W latach 80. udzieliłem ślubu Indianom z Peru. Był to ślub inny niż wszystkie, w jakich kiedykolwiek brałem udział. Stali w tych swoich kocach i byli bardziej przerażeni ode mnie. Do tego wszystko odbywało się przez tłumacza. Temu też trzęsły się ręce. Innym razem trafiła się para z Libanu. Mieszkali w Bydgoszczy, ale ślub chcieli mieć w Dąbrowie Chełmińskiej. Były też pary z Kanady, Niemiec. Pamiętam młodych, na których czekaliśmy nad brzegiem Wisły. Akurat remontowano most na Fordonie i przeprawy dokonywały się mostem pontonowym. Mieli straszne opóźnienie, ale w końcu dotarli.

Czy zdarzyło się, że mimo wcześniejszych umów ślub się nie odbył?

Oczywiście. W latach 70. czekałem na jedną parę chyba ze dwie godziny. Nikt się nie pojawił. Ani młodzi, ani goście. To były inne czasy. Nie było telefonów komórkowych. Mało kto we wsi miał telefon. Nikt mnie nie powiadomił. Odczekałem swoje, zamknąłem interes i poszedłem do domu. Ale takich wypadków było tylko kilka.

Zwykle, jak myślę, śluby odbywają się z tym całym sobie właściwym przepychem: mnóstwo gości, kwiatów, panna młoda w śnieżnobiałej sukni… 

To zależy. W tym względzie widziałem chyba wszystko: od ślubu, w którym brały 4 osoby – młodzi i świadkowie, aż po ogromne imprezy na 200 osób.

Ślub sam w sobie to uroczystość doniosła. Dla wielu ludzi to najważniejszy dzień w życiu. Proszę powiedzieć, czy udzielając go, odczuwał pan tremę? A może tylko na początku, a z czasem przyszła rutyna? 

Tak, to rzeczywiście wydarzenie doniosłe dla wszystkich: dla młodych, ich najbliższych, przyjaciół. O dziwo, nigdy nie miałem specjalnych kłopotów, jeśli idzie o opanowanie. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. Każdy ma jakieś życie prywatne. Ale trzeba iść do pracy. Stanąć przed młodymi i czynić swoją powinność. Troski schować do kieszeni. Zdarzało się więc czasami, że udzielałem ślubu w chwilach, kiedy nie miałem na to najmniejszej ochoty. Nie mogłem jednak dać po sobie niczego poznać. Zawsze tłumaczyłem to sobie tak: to ja jestem dla nich, a nie oni dla mnie.

A mówił pan, że nie ma nic ciekawego do opowiadania… 

Cóż. Pożeniłem trzy pokolenia mieszkańców gminy Dąbrowa Chełmińska. Coś w tym czasie siłą rzeczy wydarzyć się musiało.