Polska dla Darii

Jeżeli któremuś z nich coś by się stało, drugi miał jechać dalej. Chcieli dopełnić celu – dla Darii. W 28 dni pokonali 3937 kilometrów, by opowiedzieć mieszkańcom Polski o niepełnosprawnej Darii Juchniak, dla której zbierają fundusze na rehabilitację.

Z Białych Błot wyruszyli drugiego czerwca. Do samej wyprawy przygotowywali się kilkanaście dni. Na początku za pomocą mapy samochodowej, później weryfikowali wszystko w internecie. Ostateczną trasę zaplanowali dzięki ludziom z całej Polski, którzy kontaktowali się z nimi, aby uprzedzić o zamkniętych drogach lub remontach.

– Z Władkiem znamy się przeszło 25 lat – mówi Marek Juchniak, tata Darii. – Obaj kochamy rowery. Właśnie dlatego postanowiliśmy objechać nimi całą Polskę. Jednocześnie, zbierając podczas wyprawy fundusze na leczenie córki, chciałem uniezależnić się od Narodowego Funduszu Zdrowia. Naszą podróż rozpoczęliśmy w Białych Błotach, później skierowaliśmy się na północ do Gdańska. Stamtąd na Suwalszczyznę.

Podczas wyprawy korzystali z gościnności mieszkańców, choć zdarzało się, że spali pod namiotem. Pokonując Bug, Podlasie, Bieszczady, Tatry, Pieniny, jadąc wzdłuż Odry, nawet po niemieckiej stronie, rozdawali ulotki z informacją o Darii.

– Największym problemem był deszcz – mówi Władysław Pielecki. – Choć Markowi góry dały się także we znaki. Nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie się zatrzymamy i czy będzie możliwość wysuszenia ubrań. Jechaliśmy jednak dla Darii, więc nic nie mogło nam pokrzyżować planów.

Jak mówi pan Marek, ojciec dziewczynki, wsparcie NFZ to kropla w morzu potrzeb związanych z rehabilitacją dziecka. Choroba Darii nie była spotykana w Polsce od lat osiemdziesiątych. Podróż zaowocowała już drobnymi wpłatami na konto Fundacji Zdążyć z Pomocą. Ci, którzy nie mogli wesprzeć dziecka finansowo, zaoferowali rozmowę oraz kontakt z innymi lekarzami.

– Daria to 2,5-letnia dziewczynka, u której lekarze stwierdzili brak ciała mozolowatego – tłumaczy pan Marek. – To taka błona w głowie ludzkiej. Pani doktor wytłumaczyła mi na przykładzie jajka. Jak obieramy, to między skorupką a jajkiem jest błona. Podobnie jest między czaszką a mózgiem. Daria nie ma tego. Każdy jej ruch to tarcie mózgu o czaszkę. Błonę tę można uzupełnić. Warunek jest jeden – dziecko musi dożyć 7-8 roku. Powodzenie operacji w obecnym czasie szacowane jest na 5-10 procent.

Daria nie chodzi, nie mówi i nie je sama. Dziś można jej pomóc za sprawą specjalnie utworzonej strony internetowej www.dladarii.eu, na której podane są wszystkie informacje, a także numer konta Fundacji.

Pomoc podczas czterotygodniowej wyprawy zaoferowały serwisy rowerowe, które przygotowały rowery dla mężczyzn. Od sklepu sportowego otrzymali także odpowiedni ubiór oraz sakwy. To pomogło im przetrwać na trasie.

– Jadąc musieliśmy uważać na kierowców – podsumowują zgodnie mężczyźni. – Zagrożeniem były kontuzje, a także słońce. Startowaliśmy o godzinie 7. Jadąc dziesięć godzin, cały czas wystawieni byliśmy na jego działanie. Pani w muszyńskiej aptece chciała nawet wezwać pogotowie, gdyzobaczyła Marka. Ale się nie dał.

Był cel, którego mężczyźni chcieli dopiąć. Choć wyprawa zaplanowana była dopiero na 2016 rok, dzięki wzajemnemu wsparciu, po 28 dniach udało im się bezpiecznie wrócić. W trasie tata Darii obchodził Dzień Ojca.

– Wieczorem dostałem telefon, bo w dzień każdy wiedział, żeby nie dzwonić – wspomina. – W dzień ojca skontaktowała się ze mną starsza córka, Laura. „Tato, przepraszam, że tak późno, ale wiem, że przez cały dzień jechaliście. Składam Ci ode mnie i od Darii życzenia”. Wtedy przyszło mi na myśl to, co powiedziała pani doktor. Mogę zawsze powiedzieć, że jestem błogosławiony między niewiastami. To trzyma mnie przy życiu.

Jak mówią mężczyźni, na pewno zabrakło im czasu. Gdyby było go więcej, skręciliby tam, gdzie nie dojechali. O Darii dowiedziałoby się więcej osób. Choć miesiąc z perspektywy rodziny to i tak długo.

– W ostatnich dniach w słuchawce usłyszałem „tato, kiedy będziesz?” – dopowiada pan Marek. – Czas było wracać. Cel został osiągnięty. A za dwa lata marzy nam się Audiencja u Papieża Franciszka. Może wtedy też udamy się tam rowerami?