Olgierd Łukaszewicz: Róbmy dobrze dla naszego kraju

Starajmy się wyciągać wnioski z historii, bo antysemityzm musi być stale przywracany jako przykład tego, do czego może doprowadzić rozum ludzki – twierdzi Olgierd Łukaszewicz, aktor filmowy i teatralny, odtwórca roli Alberta Starskiego w filmie “Seksmisja”.

Monodram “A kaz tyz ta Polska, a kaz ta?” to rozprawa z polskimi mediami na podstawie dramatów Wyspiańskiego. Co było inspiracją do jego stworzenia? Osobista trauma czy ogólna refleksja
Niedawno kupiłem gazetę “Nasza Polska” i tam był artykuł o Jerzym Stuhrze. Nazwali go świnią w chlewie i Żydem. Jak taka gazeta może w ogóle w Polsce się ukazywać? Moje pierwsze frustracje na temat sporów w mediach nie mają nic wspólnego z tym, co poczułem na widok tej gazety. Z tym się nie dyskutuje – to trzeba zamknąć. Jesteśmy krajem europejskim i zdaje mi się, ze nie można nikogo dyskryminować, a jakoś tak prokuraturze się nie spieszy, żeby się tym zająć. Te moje spory są naprawdę niewielkie w porównaniu z tym przypadkiem.

Czyli jest garść osobistych inspiracji?
Mi nikt nie nadepnął na odcisk. Zmieniło się pojęcie roli dziennikarzy, którzy teraz mają za zadanie ujawnić spór. Im więcej osób się kłóci, gdy dziennikarz jest neutralny lub podsyca ten spór, tym lepiej. Nie ma żadnej perspektywy dla wspólnoty Polski. To mnie wkurza. To jest podpuszczanie, którego sam byłem ofiarą w latach prezesowania w Związku Artystów Scen Polskich. Wiem, jak serce bije, gdy wszystkie kamery ustawione są na mnie, a potem i tak cała moja wypowiedź jest przekręcona. Monodram pokazuję zarówno w swoim imieniu jak i Wyspiańskiego.

Można przywrócić mediom dawną wartość?
Wiele jest aspektów, ale lepiej już nie mówić o takich drobnych sprawach jak brak wiedzy. Do Zanussiego przychodzi młoda dziennikarka i Krzysztof orientuje się, że ona nic o nim nie wie. Wziął telefon i zadzwonił do redakcji. W odpowiedzi usłyszał: a pan myśli, że wszyscy o panu coś wiedzą? I to jest mniej więcej na takim poziomie. A jak dochodzi do polityki to, no….

Przed laty napisano o panu w prasie, że albo umiera, albo się rozbiera.
Taka prawda. Grałem w “Dziejach grzechu” tegoż reżysera i z tym związana jest anegdota. W jednej ze scen nie chciałem się rozbierać, więc pozostali aktorzy nieśli moje filmowe zwłoki pupą do góry. Po pewnym czasie zorientowałem się, że wszędzie są lustra i wyszła naga prawda. Te czasy jednak minęły….

A jak się to wszystko zaczęło?
Z bratem bliźniakiem bawiliśmy się w mszę. On dzisiaj jest profesorem nauk filmowych. Wtedy ewidentnie różniliśmy się w podejściu do tej zabawy. Ja musiałem przygotować ornat, bo kostium był obowiązkowy. Wtedy mojemu bratu ochota na zabawę już przechodziła, a ja byłem coraz bardziej zaangażowany.

To nie chciał pan zostać księdzem?
Nie wiedziałem, że ta moja kariera się tak potoczy, że będę się rozbierał i umierał (śmiech). Zresztą osiem lat byłem potem ministrantem. Zawsze jednak ciągnęło mnie do wystąpień publicznych, gdyż wychodziłem z przeświadczenia, że ja bym np. lepiej wyrecytował wiersz na szkolnym apelu (śmiech).

Szkolny okres to także sporo absurdów.
Postanowiłem zagrać z kolegami “Trzewiczki szczęścia”. Musiałem pojechać jako dwunastolatek do cenzury po zgodę. Pamiętam jednak moment, gdy pierwszy raz miałem kontakt w prawdziwymi aktorami. Przed Teatrem Śląskim ze swoim tekstem stał jeden z ówczesnych jego pracowników, a ja stałem wpatrzony jak w bóstwo. Shirley MacLaine w swojej książce napisała, że aktorka to ktoś więcej niż kobieta, a aktor to półmężczyzna.

Czemu padło na Wyspiańskiego?
Uwielbiam te teksty, które rozumiem. Są maski, które wydają mi się naiwne i kompletnie nie mają przełożenia na widza. Przy okazji mojej wizyty w Niemczech zobaczyłem także “Wesele” wystawione przez niemiecką reżyserkę. Był to specyficzny spektakl, bo widzowie siedzieli przy stole przy talerzu z kaszanką. Trochę byłem zdziwiony tym odkryciem reżyserki, ale faktycznie – Wyspiański nie wspomniał, co jedli do wódki w “Weselu”.

Dlaczego w duszach wielu kultowych, polskich aktorów tak mało jest teraz Wyspiańskiego rozumianego jako piewca patriotyzmu? Teraz wyśmiewa się polskość, jak w ostatnim filmie Jerzego Stuhra.
Jestem przekonany, że dla Olbrychskiego czy Stuhra Polska jest zasadniczą wartością. Są to naprawdę patrioci. Zachęcam do obejrzenia spektaklu “Polacy” Teatru Polskiego. To wyimaginowany spór pomiędzy kardynałem Wyszyńskim a Gombrowiczem. Karkołomna sprawa, ale pokazująca punkt styczny. Z filmem “Obywatel” Stuhra sam mam kłopot. To wirtuozeria, ale produkcja jest chyba spóźniona w czasie. Samo pojęcie patriotyzmu zmienia się i jeśli nawet będziemy różnić się ideami, ale obaj zrobimy coś dobrego dla kraju, to bardzo bym się z tego ucieszył. Starajmy się wyciągać wnioski z historii, bo antysemityzm musi być stale przywracany jako przykład tego, do czego może doprowadzić rozum ludzki.

***
Rozmowa jest zapisem spotkania z aktorem w trakcie 29. Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora w Teatrze “Baj Pomorski”. Prowadziła je p.o. sekretarza literackiego, Małgorzata Strzyżewska, przy współudziale pytań z publiczności.