Moje „dymne” sposoby [wywiad]

Fot. Łukasz Piecyk

– Dziś wszystko jest „zajebiste”: facet, jabłko, pończochy. A ja nawet nie wiem, co to znaczy – mówi Anna Dymna. O czystości języka polskiego i (nad)używaniu wulgaryzmów z aktorką i założycielką Fundacji Mimo Wszystko rozmawia Robert Kamiński 

Czy kobieta z klasą może zakląć? 

Kobieta z klasą wie, gdzie i kiedy może to zrobić. Kląć można wtedy, kiedy nikogo się tym nie urazi. Kiedy nikogo to nie zaboli. Ja przy mojej mamie nie powiedziałam nigdy brzydkiego słowa. Strasznie by się zawstydziła. I byłaby smutna. 

Czyli nie widzi pani w tym niczego zdrożnego? 

Czasem używamy brzydkich słów, bo taki uprawiamy zawód. Bywa, że są to słowa klucze. Coś otwierają albo obalają. Bardzo często się ich używa, żeby przekazać jakąś uwagę. Wiem, bo pracowałam z Kazimierzem Kutzem, który zamiast owijać w bawełnę – używał jednego ostrego słowa, po którym wszystko było jasne. Ale będę się upierać, że jak się ma klasę, to człowiek nigdy nie zaklnie wtedy, kiedy nie powinien. 

Mogłaby pani przekleństwem kogoś złapać za gardło? Na przykład urzędnika, który utrudnia? 

Nigdy. Ja w ogóle z ludźmi nie walczę. Ja ich oswajam. Bo jestem słaba. 

A kiedy przychodzi stanąć twarzą w twarz z głupotą? 

Powiedziałabym panu, ale pan jesteś dziennikarz, więc panu nie powiem (śmiech). Jak się coś załatwia, to trzeba uśmiechem, życzliwością. Czasem można wprawdzie dostać za to w pysk – wtedy trzeba odstąpić. Siłą nic się wskóra. Poza tym są ludzie ode mnie silniejsi i sprawniejsi w tej walce, więc muszę mieć swoje własne, „dymne” sposoby. I ja je mam. Na pewno nikogo nie walę po łbie, nikogo nie obrażam. Nie tędy droga. Nie można kopać się z koniem. On ma podkowy. Nie mogę więc stosować tych samych metod co koń. 

I zawsze panuje pani nad emocjami? 

Uważam, że jak się działa na polu społecznym czy politycznym, to emocje należałoby powściągać. One wszystko zabijają. Jeżeli chcę się z kimś dogadać, jeśli o coś walczę, to wiem, że powinnam używać rzeczowych argumentów. Być spokojna, życzliwa. Szczególnie dla swoich przeciwników. Uważam też, że tak powinna wyglądać polityka. 

Czyli według dzisiejszych standardów nie jest pani zwierzęciem zbyt medialnym? 

Media uważają, że nie ma czegoś takiego jak klasa, łagodność, życzliwość. Że to nudy. Ale jak się usłyszy na przykład „zdradzieckie mordy”, to wałkuje się to potem miesiącami. 

Czy dotyka panią hejt? 

Jeśli ktoś pisze na mój temat świństwa, to prowokuje i czeka, bym odpowiedziała tym samym. I gdybym miała to zrobić, musiałabym wejść na to pole gówna, w którym się utopię, bo nie umiem tam pływać. Dlatego trzeba wziąć oddech, uspokoić się, wszystko przemyśleć. Zawsze biorę pod uwagę zdanie oponenta. Co mogło go doprowadzić do tego, że tak pisze? Jeśli czytam na swój temat: „Założyła sobie fundację, bo jest gruba, nie ma czego grać i tak zarabia szmal” – to mi strasznie tych ludzi żal. Tak sobie myślę, co to za biedny człowiek musi być. 

Ale chyba już pani wyrosła z przejmowania się takimi wpisami? 

Ja się nigdy nimi nie przejmowałam. Tylko zastanawiam się, dlaczego ci ludzie to robią. A robią to, bo są samotni, zakompleksieni, bo zazdroszczą. Największą agresję budzi to, jak ktoś robi coś dobrego. Wtedy w niego się wali, bo ludzie mają widocznie wyrzuty sumienia, że sami tego nie robią. I się mylą, bo są tak samo przecież potrzebni. Wystarczyłoby takiego kogoś o coś poprosić, a on z radością by to zrobił. I by się zmienił. Nie wolno dawać się ponosić tym złym emocjom. To ta samonakręcająca się spirala nienawiści, o której mówił Józef Tischner. 

Czy Bardini, Łomnicki, Zapasiewicz potrafili zakląć pięknie? 

Ależ oczywiście. Teraz gram taki epizod u Janusza Majewskiego, postać, która klnie bez przerwy. Tylko że ja, pracując nad rolą, szukałam, co pod każdym brzydkim słowem się mieści. Jaka emocja. 

Zdaje się jednak, że nie wszyscy mają świadomość, że wulgaryzm może być sztuką? 

Znam ludzi, którzy nie używając brzydkich słów, mówią okropnie. Dlatego że posługując się pięknymi słowami, sieją nienawiść. Ale znam też takich, którzy klną w dobrej wierze. Pamiętam taki monolog Jerofiejewa, który składał się wyłącznie z przekleństw. I była to czysta poezja. Zależy, jak się ich używa. Każdym jednym słowem można człowieka zabić albo uratować. Słowem „mama” można wyrazić miłość lub nienawiść. 

Jakie jest najbrzydsze przekleństwo, jakie pani zna? 

Nie znam najbrzydszego. Ja się tym nie interesuję. Ale myślę, że każde jest brzydkie, za którym kryje się nienawiść. To nie zależy od brzmienia czy znaczenia słowa, ale od intencji mówiącego. 

Czy słowo „zajebiste”, które dziś już chyba nawet nie jest wulgaryzmem, panią drażni? 

Nie lubię tego słowa. Kiedyś, ładnych parę lat temu, zobaczyłam wystawę z napisem: „Tu są zajebiste rajstopy”. I wtedy zrozumiałam, że na stałe weszło ono w nasze życie. 

Oburza ono panią? 

Mnie nic nie oburza. Jest po prostu nieładne. Można przecież użyć w to miejsce wielu innych. Akurat to konkretne zubaża nasz język. Dziś już wszystko jest zajebiste: facet, jabłko, program, pończochy. A ja nawet nie wiem, co to znaczy. Samo brzmienie mi się nie podoba. Jest wiele innych, znacznie bardziej soczystych. Lepszych. Niech mi pan wierzy (śmiech).