Melkart Ball – 5 lat temu zwycięzcy talent-show, dzisiaj uczą dzieci

Z Bartłomiejem Pankauem, bydgoszczaninem z duetu Melkart Ball, zwycięzcą pierwszej edycji „Mam Talent”, o popularności, poświęceniu dla formy i nauce akrobatyki, rozmawia Tomasz Skory.

Od finału programu minęło już przeszło pięć lat. Co działo się z Melkart Ball w tym czasie?
Poważnie minęło już tyle czasu? Nawet nie zauważyłem, kiedy to zleciało. Program na pewno otworzył nam drzwi do występowania w Polsce. Powrót do kraju zawsze był naszym marzeniem, ale aż do wygranej w „Mam Talent” nie udawało się nam tu zaistnieć. Mieliśmy wrażenie, że to miejsce nie jest przygotowane na ten rodzaj pokazów. Większości osób występy cyrkowe kojarzyły się głównie z klaunami i tresowanymi zwierzętami. Po programie okazało się nagle, iż może wyglądać to zupełnie inaczej i zaczęliśmy otrzymywać liczne propozycje.

Największe zainteresowanie Waszymi występami było z pewnością zaraz po programie. Jak wygląda teraz?
Cały czas występujemy. Może nie tak intensywnie jak kiedyś, bo się starzejmy i powoli myślimy już o swoich następcach, ale wciąż można nas zobaczyć na scenie. Zdajemy sobie sprawę, że nie jest to zajęcie na całe życie, więc zaczęliśmy też szukać innych działań. Jacek trenuje akrobatów w Złotoryi, ja prowadzę zajęcia w Łochowie i Olimpinie. Poza tym pracuję w biurze rachunkowym. Od akrobatyki do księgowości może jest długa droga, ale zawsze lubiłem matematykę i podoba mi się zarówno jedno, jak i drugie.

Nie tęskno Panu do występów na największych scenach i światowych tournée?
Brakuje mi może nie tyle występów, co samego podróżowania. Od kiedy trenuję akrobatykę, czyli właściwie od małego, wciąż musiałem gdzieś jeździć. Na początku były to obozy sportowe i wyjazdy na zawody, później w ramach występów w Melkart Ball podróżowaliśmy już po całym świecie. Trochę za tym tęsknię.

Podczas tych wyjazdów nigdy nie mieliście momentów zawahania, ochoty zrezygnować z wszystkiego i wrócić do domu?
W trakcie podróży takich momentów raczej nie mieliśmy, ale na samym początku, po naszym pierwszym wspólnym treningu z Jackiem, czuliśmy, że nic z naszej współpracy nie będzie. Ustawiliśmy kamerę i wykonaliśmy wspólnie kilka ćwiczeń, po czym stwierdziliśmy, że nam nie idzie i nie ma sensu dalej w to brnąć. Podziękowaliśmy sobie, nawet nie oglądając filmu. Dopiero nieco później zmuszono nas do obejrzenia tej kasety i mocno się zdziwiliśmy. To co było na filmie, okazało się dużo fajniejsze niż się spodziewaliśmy.

Dużo dziś trenujecie?
Kiedyś trenowaliśmy ze sobą sześć dni w tygodniu, czasem po dwa razy dziennie, teraz tylko dbamy o to, by zachować formę. Spotykamy się jednak przed każdym występem i poświęcamy jeden dzień, by powtórzyć sobie wszystkie elementy.

Dziś głównie dzieli się Pan swoim doświadczeniem z innymi. Proszę powiedzieć, czy większym przeżyciem jest samemu stać na scenie, czy patrzeć na występy swoich podopiecznych?
Gdy samemu wychodzi się na scenę, bardzo się to przeżywa, ale w momencie wejścia na nią należy zapomnieć o emocjach i skupić się na wykonywanych czynnościach. Stres poprzedza więc sam występ. Kiedy obserwuje się swoich uczniów, najwięcej wrażeń dostarcza ich pokaz. Gdy pojechałem ze swoimi uczennicami na zawody i widziałem, że rozpoczynają prezentację, nie oddychałem chyba przez kolejne trzy minuty.

Przybliży mi Pan szczegóły zajęć prowadzonych dla młodzieży?
W Olimpinie trenujemy w Strefie Czasu w czwartki od 18.00 i piątki od 16.00. W Łochowie mam dwie grupy, z którymi spotykam się w poniedziałki i czwartki. O 17.30 rozpoczynają się zajęcia dla początkujących. Na początku ćwiczeniom towarzyszy zawsze dużo zabawy, bo taki cztero- czy pięciolatek zwykłym treningiem szybko by się znudził. Grupa bardziej zaawansowana zaczyna zajęcia o 18.30. Ćwiczymy już trudniejsze elementy – figury złożone z kilku osób. By jedna osoba mogła stanąć na barkach drugiej, nie tylko potrzebujemy wytrzymałości, ale też wzajemnego zaufania, a to wymaga czasu.