Marzenie? Ambitny teatr. Rozmawiamy z Michałem Pielą

fot. Wikimedia Commons

W filmie chciałby zagrać psychopatycznego mordercę. W teatrze – coś Czechowa i Szekspira, by odnaleźć w ich postaciach głęboko skrywane emocje. O marzeniach, polskim teatrze i inteligentnym żarcie z Michałem Pielą rozmawia Michał Ciechowski 

Istota zawodu aktora się zmienia, a jego duchowy komponent został przygnieciony przez „mieć”. Artyści mogą jeszcze tworzyć i „być”? 

Aktor musi być rzetelny we wszystkim, co robi. Bez względu na to, czy pracuje przy sztuce komercyjnej, czy ambitnej. Dopiero kiedy artysta da z siebie wszystko, może zebrać dojrzałe owoce swojej pracy. 

Teatr spełnia pana oczekiwania? 

Wybrałem wolny rynek i pracę przy spektaklach wyjazdowych. Oczywiście, mam do czynienia ze sztuką w teatrach stacjonarnych. Gram w „Zemście”, wystawianej w Och-Teatrze Krystyny Jandy, czy niedźwiedzia Wojtka w Teatrze Dramatycznym. Wyzwania te są dla mnie nieco bardziej artystyczne. Popularność serialu „Ojciec Mateusz” sprawiła, że mam rozpoznawalną twarz i ludzie chcą mnie oglądać. Być może jestem dla spektaklu, od strony produkcyjnej, atrakcyjny. 

Obsadzany jest pan głównie w rolach komediowych. W Teatrze Dramatycznym pana wizerunek diametralnie się zmienia. 

Niedźwiedź Wojtek jest rolą specyficzną. W zupełnie nowy sposób musiałem spojrzeć na swoją bytność na scenie. Na świat patrzę z perspektywy zwierzęcia. Postać zbudowałem tak, by widz nie widział we mnie człowieka, lecz niedźwiedzia, który dzięki żołnierzom nabył cechy ludzkie. Jest to historia niezwykle szokująca i bardzo smutna. 

W jaki sposób kreować na scenie te emocje? 

Mózg musi ustalić, jakie one mają być, a później aktor ich w sobie szuka. Czasami wychodzą z głębi, a zdarza się, że są całkowicie przemyślanym działaniem. 

Pytam o to nie bez powodu. Powiedział pan kiedyś: marzę, by zagrać psychopatycznego, okrutnego mordercę.  

Bardzo bym chciał! Chciałbym zmienić swój wizerunek, który od 10 lat kreuje serial. Może postać torturującą swoją ofiarę? Na pewno kogoś nieprzeciętnie inteligentnego, a jednocześnie bardzo wrażliwego.  

Miałaby to być rola filmowa czy teatralna? 

Akurat takie zadanie chciałbym dostać w filmie. To w kinie postaci takie wychodzą najlepiej. Jest to suma możliwości, które daje kamera i postprodukcja. Kreując bohatera, można użyć innych środków wyrazu i wydobyć z postaci głębię. W teatrze w takiej skali by się to nie udało. Choć takiego skurczybyka też zagrałbym chętnie w teatrze. 

Postaci negatywne, dramatyczne, kreuje się łatwiej? 

Dramat niesie ze sobą pewien specyficzny nastrój, który wciąga publikę. Największym zaś wyzwaniem dla aktora jest rozśmieszenie widza. To jednak w teatrze nie do końca jest doceniane. Aktorzy komediowi są traktowani z mniejszą atencją. 

Najcenniejszy jest żart inteligentny. Coraz częściej jednak słychać salwę śmiechu, gdy na scenie wybrzmi przekleństwo. 

Bardzo tego nie lubię. Jest grupa widzów, która także tego nie popiera i ja się z nimi łączę. Uważam, że w teatrze niepotrzebne są przekleństwa. Wielu twórców obawia się, że publiczność nie zrozumie żartu inteligentnego, popularne stają się więc wulgaryzmy. Kreowany jest pogląd, że widz potrzebuje czegoś prostego, do śmiechu. Jestem jednak pewien, że poważniejsze sztuki również zyskałyby uznanie. 

Kilka dekad temu aktor związany był przede wszystkim z teatrem. Praca na scenie jest dziś wyznacznikiem tworzenia prawdziwej sztuki? 

W teatrze aktor się najwięcej uczy i tam poznaje najcenniejsze międzyludzkie relacje. Film wymaga zaś brudu i neutralności. W teatrze wiele rzeczy z pracy na planie się nie sprzeda. Na scenie trzeba mieć środki wyrazu. Aktor teatralny jest aktorem kompletnym, posiadającym kunszt pracy. 

Jaki teatr się panu marzy? 

Ambitny. Bardzo chętnie zagrałbym coś Czechowa, Szekspira – w czymś zgoła odmiennym od komedii. Praca nad takimi rolami wymaga wielu przemyśleń. Kreując postać, dochodzimy w sobie do nieodkrytych pokładów emocji, do pewnej prawdy. Także tej o samym sobie.