Mariola Brucka od kilkunastu lat wydobywa z gliny duszę. Bezkształtną masę potrafi zamienić w małe dzieło sztuki

W okolicy znają ją prawie wszyscy. Drzwi świetlicy, w której prowadzi artystyczną pracownię, od kilkunastu lat stoją otworem przed każdym, komu bliska jest sztuka. Jako artysta ceramik w swoich poczynaniach jest coraz śmielsza i zarazem przeciwnie – niezmiernie pokorna. Mówi, że aby zaprzyjaźnić się z gliną, trzeba nauczyć się z nią rozmawiać. Inaczej to ona zawładnie artystą. W Gzinie, małej wiosce koło Dąbrowy Chełmińskiej, Mariola Brucka od kilkunastu lat prowadzi świetlicę. Jej pracownię przez ten czas odwiedziły setki dzieci z pobliskich domostw i miejscowości. Przeprowadziła dziesiątki artystycznych warsztatów i spędziła wiele godzin na rozmowach z najmłodszymi, by przekazać im tajniki tej trudnej sztuki, jaką jest praca z gliną.

Cuda się zdarzają

Gdy artystyczna przygoda Marioli Bruckiej się rozpoczynała, był rok 1998. Wraz z podopiecznymi wzięli wtedy udział z warsztatach ceramicznych w bydgoskim Wojewódzkim Ośrodku Kultury i Sępólnie Krajeńskim. Bardzo szybko okazało się, że lepienie w glinie stało się pasją nie tylko miejscowej artystki, ale i większości dzieci.

– Pamiętam nasze początki – wspomina z uśmiechem Mariola Brucka. – Choć dopiero uczyliśmy się pracować z gliną, zajęcia przynosiły nam wiele radości. Dla moich podopiecznych czas, który spędzali na nadawaniu masie wymyślonego przez siebie kształtu, był jak przygoda. Do dziś na półkach świetlicy stoją wykonane przez nich misy, kwiaty czy zwierzęta. Dziś, kiedy popularne stały się rozrywki, jakich dostarcza internet, życie w pracowni nie tętni jak dawniej, ale wciąż znajdują się chętni do jej odwiedzania.

Na początku swojej przygody Mariola Brucka i jej podopieczni, choć tworzyli piękne kompozycje, to jednak obawiali się o ich trwałość. Wyroby były kruche, bo świetlica nie była wyposażona w piec ceramiczny. Tylko czasem udało się skorzystać z pomocy najbliższych pracowni.

– Bez odpowiedniego zabezpieczenia naszych wyrobów, nie miałyby one szansy przetrwać tak długo – dodaje artystka. – Owoce naszej pracy suszyliśmy w tradycyjny sposób, a jedynie czasem były one polichromowane. Prawdziwy przełom nastąpił w 2004 r. za sprawą Doroty i Mirosława Majewskich. Jedynym z moich podopiecznych był ich syn, który sztukę lepienia w glinie z całej gromady dzieci przypodobał sobie szczególnie. Wtedy małżeństwo, korzystając ze swoich kontaktów, zorganizowało licytację naszych dzieł podczas otwarcia restauracji Magdy Gessler, Zielnik-Trawnik.

Szczęście sprzyjało młodym artystom. Sprzedaż ich dzieł poprowadzili Wojciech Mann i Krzysztof Materna, a na sali zasiedli wpływowi w stolicy ludzie.

– Mogę powiedzieć jedynie to, że cuda naprawdę się zdarzają – mówi artystka. – Podczas licytacji na sali obecny był profesor Politechniki Warszawskiej, który usłyszawszy o naszym problemie, obiecał nam pomóc. Niedługo potem rektor uczelni przekazał naszej świetlicy prawdziwy piec ceramiczny. Od tej pory zaczęliśmy rozwijać skrzydła.

Glinę trzeba pokochać

Gdy Mariola Brucka opowiada o swojej historii, nie trudno nie dostrzec, że talent artystyczny i pasja pedagogiczna wypełniają jej serce niemal do granic. Gdy mówi o procesie twórczym, nie przestaje się uśmiechać.

– Zanim doszłam do tego punktu, w którym jestem dziś, minęło wiele miesięcy, podczas których nabierałam pokory – mówi artystka. – Moje wyroby powstają przy użyciu techniki wstążeczkowej, a więc jednej z najstarszych na świecie. Ona wymaga cierpliwości i pokory. Z gliną trzeba się zaprzyjaźnić, nauczyć rozmawiać i poczuć jej duszę. Jedynie wtedy uda nam się nad nią zapanować. Nie mogę pozwolić, by ona kierowała mną.

Artystka o procesie twórczym nie mówi jedynie w sensie technicznym. Dzieło, które powstaje, to tylko produkt. Ważniejszy jest proces, który zachodzi wewnątrz artysty.

– Są dni, podczas których czuję, że nie powinnam tworzyć – mówi Mariola Brucka. – Nie chodzi o popularną wenę, chociaż tak również można to nazwać. Są chwile, kiedy wiem co i jak powinnam zrobić, więc siadam i tworzę. Do tego potrzeba mi jednak spokoju i wewnętrznej harmonii. Muszę się wyciszyć, inaczej to, co zrobiłabym bez problemu innego dnia, po prostu nie wychodzi.

Każdy, kto choć przez chwilę czuł w sobie pasję, doskonale zrozumie o co chodzi. Najpierw trzeba poczuć, że jest się gotowym, by nie tylko samemu tworzyć, ale wiedzę przekazywać innym. Trzeba mieć odwagę, by badać nieznane tereny i jednocześnie dużo pokory oraz świadomości swoich umiejętności. Dopiero wtedy wszystko nabiera kolorów i energia, którą wkłada się w proces twórczy, wraca. Najczęściej – jak mówi sama artystka – policzyć ją można w uśmiechach zarażonych pasją dzieci.