Marcin Mroczek: Raz zamieniliśmy się z bratem na planie i widzowie to zauważyli!

O pracy na planie serialu „M jak Miłość”, jego niezwykłej popularności i tym, jakie profity daje posiadanie brata bliźniaka – z Marcinem Mroczkiem, odtwórcą roli Piotra Zduńskiego, rozmawia Aleksandra Radzikowska.

Aktor niezawodowy, który odnosi sukces jest skazany na ostracyzm środowiska?

Tak się niestety przez wiele lat w Polsce utrwaliło, że liczy się przede wszystkim papierek i to nie tylko w aktorstwie. Studia dają teoretyczną wiedzę, ale wszystkiego i tak uczymy się w praktyce. Liczą się przede wszystkim umiejętności, talent i praca, jaką się wykona w dążeniu do celu. Znam wielu aktorów, którzy nie skończyli szkół, a radzą sobie lepiej niż niejeden zawodowiec. To przykre, bo niektórym naprawdę zdolnym ludziom zamyka się drogę do marzeń przez brak papierka. Cieszy natomiast to, że od czasu do czasu możemy spotkać na ekranie perełki bez szkoły, którym udało się przebić przez opór środowiska. Zyskują na tym widzowie.

Panu serial „M jak Miłość” pomógł, czy też musi się Pan zmagać z łatką „aktora jednej roli”?
Z pewnością stałem się dzięki niemu rozpoznawalny. Serial stał się stałą pracą. Nie oznacza jednak rutyny. Każdy dzień zdjęciowy to nowe doświadczenie, wyzwanie i okazja do nauki. To może dziwne dla niektórych, bo czego można się nauczyć po 14 latach w tej samej firmie? A jednak specyfika tego zawodu, duża rotacja aktorska i reżyserska sprawia, że każdy dzień jest inny i dlatego praca w „Emce” sprawia mi tak dużo satysfakcji.

Popularność serialu polega na tym, że losy jego bohaterów nie są przekoloryzowane?
Do dziś nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło, że został tak dobrze przyjęty przez widownię. Przekoloryzowane? Nie ma takich sytuacji, że któryś z naszych bohaterów nie pracuje, a mieszka w centrum Warszawy i jeździ świetnym samochodem. Serial nie jest przejaskrawiony. Ten cel od początku przyświecał osobom zaangażowanym w jego produkcję.

Lubi Pan swoją postać?
Jeśli mam być szczery, to nie zawsze pałałem do niej sympatią, ale teraz coraz bardziej zaczynam swojego bohatera akceptować i rozumieć. Może to kwestia wieku? Piotr Zduński jest ułożony i ustatkowany, a ja lubię czasem zaszaleć. Oczywiście w granicach normy (śmiech). Chętnie skorzystałbym z opcji, żeby zagrać kogoś innego. Oczywiście, to już niemożliwe…

Może Pawła Zduńskiego?
W każdej produkcji muszą być dobre i złe charaktery. Chyba każdy aktor chciałby grać postać wyrazistą. Najlepiej furiata, alkoholika albo kogoś mierzącego się z wielką tragedią. Piotr Zduński to także wyzwanie – muszę grać tak, żeby się widzom nie znudzić. Porównując jednak mnie i Rafała, to jesteśmy dobrze dobrani do ról.

Zdarzyło się kiedyś, że zastępowaliście się na planie?
Tylko raz i widzowie od razu to zauważyli! Byłem chory, brat zagrał za mnie scenę w serialu. Miał czapkę i szalik, ale widzowie szybko się zorientowali. Nie wiem jak, bo czasem ja mam problem, żeby siebie rozpoznać na zdjęciu…

Ciągnie Pana na deski teatru?
Chciałbym spróbować, ale z różnych względów nie miałem do tej pory takiej możliwości. Może uda się zagrać razem z bratem? Czasem trudno jest się pojawić w innych produkcjach, gdy ma się tak rozpoznawalną i kojarzoną z rolą twarz. Taki sukces paradoksalnie często nie otwiera drzwi do kariery, ale zamyka je, jednak to dzięki tej popularności miałem okazję wziąć udział w wielu polskich i międzynarodowych produkcjach. Pracowałem ponad trzy miesiące na Ukrainie biorąc udział w 3. Międzynarodowej Edycji Tańca z Gwiazdami oraz w Wilnie. W 2008 roku razem z Edytą Herbuś wygraliśmy taneczną Eurowizję w Glasgow. To daje mi dodatkową satysfakcję z zawodu i napędza do pracy w „Emce”. Zapraszam na swój oficjalny profil na Facebook’u, tam na bieżąco można śledzić, co dzieje się na co dzień w moim życiu i jak wygląda praca na planie.