Krzysztof Zanussi: Krytyka wciąż boli

Jego ostatni film nie spotkał się w Polsce z akceptacją krytyków. Aktualnie tworzy scenariusz do kolejnego dzieła. Najczęściej pisze w poczekalniach, na biletach lub wyrwanych kartkach. Krzysztof Zanussi, w rozmowie z Michałem Ciechowskim opowiada o twórczości splecionej ze śmiercią, zapomnieniu i najnowszych filmach.

Odnoszę wrażenie, że Zanussi jest w Polsce zapomniany.

Jestem już stary i jest to dość naturalne zjawisko. Nie wiem jednak, czy kiedykolwiek byłem w Polsce pamiętany. To nie jest mój wielki problem, bo świat biegnie naprzód. Moi młodsi koledzy robią dużo dobrych filmów, a ja dla swoich odnajduję jeszcze publiczność. Są kraje, w których jestem bardziej modny, niż u siebie w domu. Akurat tak jest w tej chwili. Powodem są moje ostatnie filmy. Dla wielu środowisk stałem się niemodny. Jest to jednak część ceny za to, że człowiek stara się być wiernym sobie i mówić to, o czym jest przekonany, a nie to, co publiczność chciałaby usłyszeć.

Niedawno wkroczył Pan w trzecie ćwierćwiecze. Mogę cytat z filmu „Rewizyta”: „szukam ludzi, których można by jakoś podsumować” – odnieść do naszej rozmowy?

Każde życie człowiek musi ciągle podsumowywać tak, jak robi się bilanse. Patrząc wstecz trzeba jasno mówić, co ja osiągnąłem, co zmarnowałem… Dopiero wtedy mamy jakąś świadomość tego, gdzie się w życiu znaleźliśmy.

Która twórczość perspektywy czasu jest więc Panu najbliższa?

Nie mam prawa na to pytanie odpowiadać. To tak jak człowiek, który ma wiele dzieci nie może powiedzieć, które kocha najbardziej. To jest nie fair. Wszystkie filmy, które stworzyłem zrobiłem najlepiej jak potrafiłem. Jedne mi się bardziej udały, drugie mniej. Na starość bardzo dużo jeżdżę z moimi filmami. Często ludzie wracają do moich dawnych filmów. I okazuje się, że w wielu krajach różna moja twórczość, wskazywana jest jako ta najważniejsza – ta, która im najwięcej powiedziała. W każdym zakątku świata, z różnych perspektyw zupełnie co innego wybija się na pierwsze plany. Ja wtedy milknę i mówię: wybierajcie jak chcecie. Ja na swoim straganie rozkładam wszystek towar, który udało mi się zrobić. Sami wybierzcie, co wam się bardziej podoba.

Dotarłem do komentarza, odnoszącego się do Pana, jako twórcy filmu „Obce ciało” – „Ktoś odważył się wykrzyczeć, że katolik staje się persona non grata”. W kraju katolickim nie trudno o krytykę.

Trudno powiedzieć, jak wygląda „kraj katolicki”. Zależy jaki katolicyzm jakich ludzi dotyka i dotyczy. Rzeczywiście, w tej chwili coś się zaogniło między tą częścią społeczeństwa, która się do katolicyzmu przyznaje, a tą, która uważa się za bardziej postępową i przypisuje sobie prawo do recenzowania reszty. Nie jest dobrze z naszym dialogiem. Wydaje mi się, że bardzo mało nasze społeczeństwo rozmawia na temat istotnych wartości, natomiast bardzo często obrzuca się inwektywami, czy też daje wyraz głębokiej wzajemnej niechęci. Do tego należy mieć cierpliwość i wyrozumienie. Różnimy się i różnie postrzegamy świat. Myślę że dla mnie, czyli dla katolika, najważniejszym pytaniem jest „czym myśmy katolicy sprowokowali taką dozę niechęci pod naszym własnym adresem”. Bo przecież nie cnotą.

Polska krytyka na filmie „Obce ciało” nie zostawiła suchej nitki. Widzowie zaś się nim zachwycają. Kto więc się u nas nie zna na kinie?

W tej krytyce najgorzej z argumentami. To czy film oceni się tak, czy inaczej to mało, ale trzeba jeszcze wiedzieć dlaczego. Ja bym narzekał na krytykę. Nie dlatego, że o mnie źle napisała, bo pisali to ludzie słabsi, zazwyczaj o niewielkich nazwiskach. Faktem jest jednak to, że krytyka u nas bardzo podupadła. W to miejsce pojawiły się osoby podobne do disk jockey’ów – wrzucają coś i stawiają gwiazdki, zamiast argumentować i pozwolić zrozumieć. Już nikogo nie obchodzi to, czy krytykowi się film podoba czy nie. Rolą krytyka jest powiedzieć, co ten film znaczy, skąd się wziął, ustawić go w jakimś kontekście. Ale widz ma prawo rozstrzygnąć czy mu się podoba. Natomiast własne zdanie krytyka to jest dość błaha sprawa. Jeżeli komuś coś nie smakowało, to jest jego indywidualna sprawa.

Za granicą jest Pan lepiej odbierany.

Różnie bywało, ale w tej chwili tak. Mój ostatni film „Obce ciało” ma więcej zwolenników właśnie za granicą.

Krytyka wciąż boli?

Oczywiście. Każde złe zdanie boli. A to jest więcej niż krytyka – to jest wielki wyraz niechęci, jeśli nie nienawiści.

W swojej twórczości ucieka Pan w dramaty.

Nie uciekam, ja je po prostu widzę. Tak długo jak widzę w nich jakieś światełko nadziei, to jeszcze nie ulegam wymogom i tworzę to, co zaobserwowałem. Po drugiej stronie jest rozpacz. A tej unikam, uciekam przed nią, aby w nią nie popaść.

Motyw śmierci i przemijania widoczny jest w wielu Pana filmach. Temat śmierci jest tematem trudnym?

Łatwym na pewno nie jest. Trzeba o śmierci coś powiedzieć, a nie tylko nią straszyć. Ja jestem jeszcze pokoleniem wojennym, które tę śmierć po prostu zna z empirii, doświadczenia, a nie tylko z wyobraźni.

Podczas Tofifest zaprezentował nam Pan krótki film obrazujący przykład śmierci kina. Jest to możliwe?

Kino upadnie w tej postaci, a odrodzi się w innej. Tofifest natomiast wspominam bardzo ciepło, a przecież jeżdżę na setki takich wydarzeń. Festiwal ten uhonorował mnie w momencie, kiedy ta nagroda była dla mnie bardzo znacząca. To była nagroda za pewną niepokorność i cieszy mnie, że właśnie w Toruniu niepokorność jest w cenie.

Teraz tworzy Pan nowy film – o „złu, które rodzi się w nas samych”. Będzie to kolejny dramat?

Pewnie tak, ponieważ scenariusz do niego jeszcze piszę. Wiem już, że film będzie nazywał się „Eter”. Akcja dzieje się w czasie przed I wojną światową. Będzie to bardzo kameralny i intymistyczny film, który mam nadzieję przywoła trochę mit Fausta, czyli duszy sprzedanej.

Pisze Pan odręcznie?

Siedzę w różnych poczekalniach i zapisuję notatki na biletach, karteczkach… Najtrudniej jest wymyśleć.

A czego potrzebuje polskie kino?

Nie mam recepty na polskie kino. Musiałbym mieć receptę na polskie społeczeństwo, na polską przyszłość. a tak szerokich recept nie warto wygłaszać. Kino jest żywe, dotyka publiczności i warstw społecznych. Może najmniej dziś obsługuje inteligencję, a ja wierzę, że ta inteligencja jest ważna i należy o nią zadbać.

Czego mógłbym Panu życzyć?

W takim momencie zawsze cytuję Goethego: „Chwilo trwaj”.

Niech trwa.