Kacper Kuszewski: Przywróćcie nam status artystów

Jestem uwięziony w wizerunku Marka Mostowiaka. Trudno jest mi przekonać reżyserów, że jako aktor mam wiele twarzy. Kiedy serial się skończy, zrobię sobie długą przerwę, aby publiczność mogła o tej jednej twarzy zapomnieć – mówi Kacper Kuszewski, aktor i nowy wokalista zespołu Leszcze w rozmowie z Michałem Ciechowskim.


Leszcze to był projekt jednorazowy?

Początkowo tak, lecz po pierwszych występach otrzymali tyle propozycji, że wywiązują się z nich już szesnaście lat. Muzyka ociera się o kabaret i parodię, dlatego tak bardzo Polacy ją pokochali. Od niedawna mogę im przekazywać także odrobinę mojego humoru. Z chłopakami wypuściliśmy już pierwszy singiel „Konfiture”, w przygotowaniu są kolejne dwa. Mam nadzieję, że w ostatni weekend maja zaprezentujemy je na deskach Opery Leśnej w Sopocie.

Aktorstwo to już za mało?

Zdecydowałem się na współpracę z Leszczami, ponieważ tworzą muzykę nawiązującą do piosenki aktorskiej. Nie jestem profesjonalnym wokalistą, ale cieszę się, że ze sceny mogę przekazywać pozytywną energię wszystkim, którzy lubią dobre brzmienie.

Jak wyglądają więc prace nad płytą?

Najpierw chcemy pokazać Polakom, że wróciliśmy i gramy. W internecie stworzymy także playlistę, dzięki której dowiemy się, co się podoba, a co nie. Tradycja zespołu zobowiązuje do śpiewania starych, dobrych przebojów. Chcę jednak wnieść trochę świeżości i odrobinę swingu. Myślę, że pod koniec roku efekty naszej współpracy będzie już słychać na krążku.

Czego możemy się na nim spodziewać?

To jest dobre pytanie. Będę namawiał chłopaków z zespołu, abyśmy stworzyli kilka śmiesznych utworów. W jednym z nich bazujemy na muzyce klubowej, odchodzimy od lat 60. Na pewno nie zabraknie niespodzianek.

Skoro jesteśmy przy niespodziankach, nie każdy wie, że to ty jesteś głosem Myszki Miki…

Aktorstwo to taka dziedzina, w której głos odgrywa bardzo ważną rolę. Nie tylko uczymy się śpiewu, ale także mamy predyspozycje do naśladowania głosów i tworzenia własnych, dźwiękowych postaci. Kiedy wybierałem swój zawód, chciałem wykonywać wiele rzeczy. Był teatr rozrywkowy, poważny, kabaret, telewizja i dubbing, który pojawił się w mojej pracy najwcześniej. Oprócz sławnej myszki, głosu udzieliłem także Luckowi Skywalkerowi w „Gwiezdnych Wojnach. Imperium Kontratakuje”.

Aktor o wielu głosach?

Ukształtowali mnie wspaniali reżyserzy dubbingu, którymi możemy się chwalić na świecie. Przed mikrofonem mam do dyspozycji tylko głos i to nim muszę ukształtować każdą postać, aby była indywidualnością. Przekazuję im swoje kolory.

Artysta, którego na co dzień nie widać, nie otrzymuje łatki.

Wiele osób zna mnie tylko i wyłącznie z serialu. Wszystkim więc wydaje się, że niewiele więcej zrobiłem. Gram w teatrze, należę do Teatru Pieśń Kozła, z którym jeżdżę po całym świecie, ale także od szesnastu lat wcielam się w Marka Mostowiaka. Jestem poniekąd uwięziony w tym wizerunku i trudno mi przekonać reżyserów, że mogę grać poważne role. Jako aktor mam wiele twarzy. Kiedy serial się skończy, zrobię sobie długą przerwę, aby publiczność mogła o tej jednej twarzy zapomnieć.

Jednej z wielu.

Kiedy wybierałem ten zawód, aktorzy w Polsce byli traktowani poważnie. Nie znano pojęcia „celebryta”. Królowało zaś hasło „autorytet”. Na moich oczach świat stanął na głowie. Dziennikarze nie pytają aktorów o sztukę. Dziś gorącym tematem jest smak ugotowanej zupy czy rodzaj stosowanego kremu. Marzy mi się, aby przywrócono nam status artysty.