Jacek Olszewski: Lekarze proponowali Agacie usunięcie ciąży

Dziś radość daje mi uśmiech Lilki, gdy przytula się do mnie i mówi: „Kocham cię, tato”, to daje tak potężny zastrzyk siły, że trudno to wyrazić słowami - mówi Jacek Olszewski (Fot: Tytus Szabelski)

Agata odeszła pogodzona ze światem i spełniona. Śmierć zawsze jest tragedią, ale nigdy końcem. Dziś mam swoje sprawy, pracę i obowiązki. Wychowuję naszą córkę i nie chcę, by w dorastaniu towarzyszył jej smutek – mówi Jacek Olszewski, mąż siatkarki Agaty Mróz-Olszewskiej, w rozmowie z Aleksandrą Radzikowską.Podobno Agata śni się wszystkim, tylko nie Panu.
Zdążyliśmy sobie wszystko opowiedzieć, może dlatego tak jest. Przyśniła mi się raz, niedługo po pogrzebie. Jak zawsze pogodna. Lilka ten uśmiech odziedziczyła po niej.

Tęskni za mamą?
Tęskni, chociaż nie bardzo wie za czym. Zdarza się, że gdy dzieci w przedszkolu wołają swoje mamy, ona też woła. W mieszkaniu jest wiele zdjęć Agaty, wspólnie oglądamy filmy z wesela. Rozumie tę sytuację na swój sposób.

Nie miał Pan nigdy pretensji do losu?
Nie, dlaczego miałbym mieć? Dlaczego Agata, a nie ktoś inny? Wybrałem życie z nią świadomie i zdecydowałem się ją wspierać mimo choroby. Zawsze wierzyłem, że uda nam się tę walkę wygrać. Nigdy nie zakładałem, że Agata umrze, ale ktoś napisał nam taki scenariusz i musiałem się z nim pogodzić. Samo życie. Takich historii jak nasza jest wiele. Symboliczne było to, że pożegnałem ją w pierwszą rocznicę ślubu. Dlatego tego dnia zamiast płakać, uśmiechałem się.

Skąd Pan czerpie taką siłę?
Mamy piękną, zdrową córę. Chciałbym zapewnić jej wszystko, co najlepsze. Muszę być silny dla niej. Gdy Agata odeszła, mogłem być obrażony na cały świat, stoczyć się na dno czy zatracić w alkoholu. Tylko co dalej? Lilka jest dzieckiem, które potrzebuje uwagi i czułości, moim barometrem uczuć. Gdy jestem smutny czy zdenerwowany, szybko to wyczuwa. Muszę mieć siłę do życia dla niej i, co ciekawe, tę siłę daje mi właśnie ona.

Gdy Agata zaszła w ciążę, pojawiło się wiele głosów krytycznych.
Ludzie lubią być znawcami w każdej dziedzinie. Na szczęście spotkaliśmy lekarzy, którzy zrozumieli naszą sytuację i pomogli. Oczywiście byli też tacy, którzy zalecali Agacie usunięcie ciąży, ale to nigdy nie wchodziło w grę. Lilka jest owocem wielkiej miłości i naszym największym skarbem.

Film przedstawia rzeczywistość inaczej.
To prawda. W filmie moja postać przedstawiona jest w innym świetle. Widzowie mogą mieć wrażenie, że nie chciałem tej ciąży i dziecka. Było to pewnym problemem, ale uznałem, że nasza historia jest tylko inspiracją. Nie wszystko musi być prawdą, a ludzie i tak będą mówić, co chcą.

Spotyka się Pan z krytyką?
Nasza znajomość była ekspresowa. W związku z tym słyszałem wiele opinii o mojej interesowności. Agata, swoim zwyczajem, śmiała się z tego. Najzwyczajniej w świecie zakochaliśmy się w sobie. To, że była rozpoznawalna, nie miało żadnego znaczenia. Raczej stwarzało lekki dystans. Pamiętam, że na którymś ze spotkań, oczarowany jej otwartością, chciałem napisać do kolegi sms-a. Niechcący wiadomość o treści: „Fajna ta Agata!”, wysłałem do niej. Zupełnie serio odpisała mi wtedy: „No to się z nią umów.”(śmiech).

Ciężko jest żyć w otoczeniu kultu Agaty?
Wielu ludzi uważa, że nie zasługuję już na szczęście i powinienem do końca życia być sam. Zdarzają się przykre komentarze i dziwne spojrzenia. Kiedyś podszedł do mnie pewien dojrzały mężczyzna i powiedział, że w sumie to mam fajnie życie. Przychodzę do telewizji, udzielam wywiadów i zapraszają mnie na bankiety. Odpowiedziałem mu, że może i fajnie, ale wolałbym mieć w domu Agatę. W takich sytuacjach nie da się nic zrobić. Ludzie mają różne opinie, a ja nie mam zamiaru z nimi walczyć.

Wiem, że udziela się Pan charytatywnie, pracuje w fundacji, odwiedza chorych na białaczkę. Rozmowa pomaga?
Nasza historia rozgrywała się na oczach wszystkich Polaków, niosła pewien przekaz. Wiele osób nam pomogło i teraz chcę się odwdzięczyć. Takich opowieści jak moja są tysiące. Nie ma ulicy, na której nie mieszkałby ktoś ciężko chory. Odwiedzam szpitale i rozmawiam z pacjentami, którzy nie chcą się leczyć. Rak to nie wyrok. Wielu, gdy dowiaduje się o chorobie, przyjmuje postawę obronną, obraża się na los, Boga i najbliższych. Nie przekonuję ich do niczego na siłę. Po prostu daję im wybór i pomagam zrozumieć, że warto walczyć. Bo warto zawsze.

Czuje Pan w związku z tą rolą odpowiedzialność?
Czuję wielką odpowiedzialność. Do pewnego momentu to było życie Agaty i jej rola, dziś również moja. Widziałem zrozpaczone matki i ojców, którzy całymi dniami czuwali przy swoich dzieciach. Wie pani jak wyglądają chore na raka dzieciaki? Tego obrazu nie da rady wyrzucić z głowy, gdy wychodzi się ze szpitala. Ta choroba niszczy człowieka. Nie tylko fizycznie. Widok łysych główek i bladych twarzy jest tam normalnością. Codzienność to rozmowa ze śmiercią.

A gdy obcinał Pan włosy Agacie? Wiele osób ten moment uznaje za symboliczny.
Włosy przecież odrastają. Powiedziałem jej, że ma fajną fryzurę, ale więcej niech się tak nie czesze.

Oswoił się Pan ze śmiercią?
W pewien sposób tak. Nie boję się już rzeczy ostatecznych. Rak, białaczka czy śmierć to słowa, które nie wywołują u mnie strachu. Choroba Agaty przewartościowała moje życie. Dziś radość daje mi uśmiech Lilki, gdy przytula się do mnie i mówi: „Kocham cię, tato”, to daje tak potężny zastrzyk siły, że trudno to wyrazić słowami. Lilka jest pogodnym dzieckiem? Tak, jest podobna do mamy. Uśmiech ten sam, tylko oczy ma po mnie.

A co odpowiada jej Pan, gdy pyta o mamę?
Mówię wtedy, że bardzo ją kocha i mieszka z aniołkami. Jak inaczej wytłumaczyć to dziecku? Kiedyś na pewno przyjdzie i zada to pytanie świadomie. Oddałbym wszystko, żeby mieć Agatę przy sobie, ale tak widocznie musiało być, że przez życie idę bez niej. Brakuje mi jej obecności każdego dnia. Często myślę o tym, co by powiedziała na moje zachowania czy wybory. Może kiedyś w końcu odpowie mi we śnie?