Irena Santor: Zabili mi ojca

O Solcu Kujawskim, trudnym dzieciństwie i ucieczce z zapędzonej Warszawy, z Ireną Santor, rozmawia Milena Kaszuba.Ciągle pani koncertuje, pojawia się na scenie, spotyka z sympatią ludzi. Czuła się pani kiedyś zapomniana?
Nie i to jest właśnie moje szczęście. Bardzo się o to staram i mi na tym zależy. Bo prawdą jest powiedzenie: dopóty żyjemy, dopóki o nas pamiętają, a ja chciałabym być zapamiętana. Teraz gdy mam wspaniałą starość mogę oddać się refleksji, spojrzeć wstecz, ocenić swoje błędy i ich nie powtarzać. Mam też czas na wspomnienia.

A pamięta pani, że jako dziecko śpiewała za lizaki?
Oczywiście! Byłam bardzo rezolutnym dzieckiem. Wchodziłam do sklepu i na początku zawsze musiało być: „dzień dobry”. Pytałam, czy mogę zaśpiewać. „A co za to chcesz?” – pytał sprzedawca. A podobało mi się wiele rzeczy, lizak czy balonik na wystawie. Mama się oburzała, że wstyd rodzinie przynoszę. Ona trzymała mnie krótko, ale wpoiła mi dobre maniery. Bo tata to pozwalał mi na wiele. Zmarł, gdy byłam mała, więc zachowałam go w pamięci fragmentarycznie.

Jakie wspomnienia ma pani związane z tatą?
Kiedyś wyszłam sama z domu i zgubiłam się w Solcu Kujawskim. Przestraszyłam się. Rodzice mnie szukali, ale jak się okazało nie tylko oni. Cały Solec mnie szukał, głównie ze względu na to, że miasto leży nad Wisłą, więc do głowy przychodziły najczarniejsze myśli. Ale znalazł mnie właśnie tata.

Wychowywała panią mama i babcia.
Moja mama była krawcową. Każda krawcowa zawsze mówi, że zrobi więcej niż może. Szyła więc po nocach, w ciągu dnia, ale także w święta. Nie mogę powiedzieć, żebym kiedyś miała takie święta, podczas których mama wszystko rzucała, pochłaniały ją przygotowania i była wielka celebra. Nigdy nie miała na to czasu. Pracowała, aby mnie wyżywić. A zapachy z babcinej kuchni pamiętam do dziś.

Straciła pani ojca, gdy miała 5 lat. Zginął na początku wojny, zamordowany przez niemieckiego przyjaciela.
Tak. To było w nocy z 28 na 29 października 1939 roku – został zabity, razem z grupą innych mężczyzn. W tym mordzie brała udział osoba, którą znała moja rodzina. Przed wojną ten człowiek przychodził do nas do domu, był przyjacielem mojego ojca. Gdy katowano tatę, bo rozkładali ich na takich dużych ławach i po prostu lali, ten mężczyzna wtedy krzyczał: „tylko nie w głowę”, żeby to trwało dłużej i bardziej ich bolało. W czasie okupacji mieszkałyśmy przy ulicy nazwanej na cześć tego „przyjaciela” ojca. On był chyba kimś bardzo ważnym w Solcu Kujawskim. Później szykanował moją rodzinę. Na przykład mama stała w kolejce po węgiel, była już blisko, żeby ten węgiel odebrać, a on podchodził i mówił: „Raus”, żeby stawała jeszcze raz na końcu kolejki. Te wspomnienia są bardzo smutne.

Ale na pewno ma pani wiele także miłych wspomnień. Koleżanki opowiadają, że skakała pani z nimi na siano i słomę. Przy trzepaku, też spędzała pani dużo czasu. Była pani dziewczyną – łobuzem?
Trudno muszę to powiedzieć, ale ja byłam raczej chłopakiem, niż dziewczyną! Wszystkie drzewa, chaszcze i trzepaki były moje. Gdy wracałam do domu, to biedna mama rwała włosy z głowy. Ręce, nogi podrapane. Mama brała wtedy dużą miednicę i mnie myła. Ależ mnie to mydło wtedy szczypało! Kiedyś całe nasze przedszkole brało udział w święceniach księdza, w tzw. białym kościele. Dwa rzędy dzieci klęczały a między nimi szedł do ołtarza ksiądz. Każde z nas miało bukiecik kwiatków i trzeba było mu te kwiatki rzucać pod nogi. Jednak ja, zamiast rzucić na podłogę, to rzuciłam kwiatami w tego księdza. On się zaplatał w sutannie, potknął i o mały włos i by się przewrócił. Co ja miałam z tego powodu w domu! Byłam bardzo nieusłuchany gzub.

Później okazało się, że niesłuchana chłopczyca potrafi śpiewać i została pani piosenkarką. Podobno miała pani wieli adoratorów.
Panowie wysłali do mnie listy, najbardziej oryginalne przechowuję na pamiątkę do dziś.

Jeden napisał: „oglądam panią w telewizji. Wiem, że ładnie pani śpiewa, ale chyba nadszedł już czas, żeby zająć się jakąś przyzwoitą pracą? Ja mam dużo ziemi, a pani wygląda na zdrową dziewczynę”.
Inny przyjechał od razu z oświadczynami. Przyszedł akurat na próbę z orkiestrą Rachonia. Później wszyscy się ze mnie nabijali. Adorator otworzył walizkę a w środku różne pieczone mięsiwa. Od razu z wałówką do mnie przyjechał. Muzycy się cieszyli, bo mogli wszystko zjeść, a ja nie miałam z tego ani jednego plasterka kiełbasy. Kolejny zapukał do drzwi mojego domu. Przyjechał z Góry Kalwarii. Powiedział: „dzień dobry, jestem”. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy czasem się gdzieś nie spóźniłam, albo o czymś nie zapomniałam. Podał mi kwiatki i powiedział, że mnie zabiera, a niedługo weźmiemy ślub. Gd powiedziała, że mam męża to bardzo się na mnie zdenerwował i zapytał, po co ja mu zdjęcie przysłałam. Faktycznie, kiedyś wysyłałam zdjęcia tym, którzy o nie prosili w listach. Ta sytuacja szybko mnie tego oduczyła.

Mimo takich przejawów sympatii nie lubi być pani nazywana gwiazdą.
Bo dla mnie rzeczą świętą jest zawód i chcę być odbierana jak zawodowiec. Owszem dokładam wszelkich starań, żeby to co robię podobało się ludziom, żeby mieli chwilę wytchnienia przy moich piosenkach. Jeśli z kimś pracuję, to nienawidzę, gdy jedni nie szanują pracy innych ludzi. Nie uznaje osób, które gwiazdorzą. Jeśli mam być gdzieś na 8, to jak mogę przyjść na 9? O nie, udusiłabym za coś takiego! Nie jestem skromna, ale za to bardzo wymagająca w stosunku do siebie. Gwiazda to dla mnie tylko puste słowo. Towarzyszy mi sympatia ludzi chcę, żeby ludziom było ze mną dobrze.

Podobnie jak samej ze sobą. Nie znosi pani wielkich miast, huku, zgiełku. Uciekła pani z zapędzonej Warszawy?
Do Nadarzyna, bo tam jest po prostu cicho, miło i z dala od tego szybkiego tempa. Gdy jestem nad Wisła w Solcu, to przypominają mi się spacery z mamą i tatą. Kiedyś bardzo dużo pracowałam i nie miałam czasu na rozpamiętywanie. Koncerty, wyjazdy, nagrywania płytowe, telewizyjne, nowy repertuar to mnie pochłaniało.

Pani wizyty w Solcu, to zastrzyk, pożywka, która musi pani starczyć do końca życia. Co takiego wyjątkowego jest w tym mieście, że napawa panią taką energią?
To jest dziwne, Solec to małe miasto. Kiedyś taka senna, drewniana mieścina, a teraz jestem po prostu zachwycona tym co się tutaj dzieje. Solec jest miejscem spokoju, może ze względu na te lasy. Wisła przynosi ukojenie, ale ta w Solcu wydaje się inna, ona mi tutaj nawet inaczej pachnie. Dużo w tym mojej nostalgii i tęsknoty za dzieciństwem. W Solcu czuję się jak w domu, to mój matecznik.

A gdyby okazało się, że może pani śpiewać?
To byłoby jedno z najbardziej koszmarnych przeżyć do którego musiałabym się przyzwyczaić. Przede mną byłaby długa droga, wypełniona nauką: jak muszę żyć nie wydając z siebie dźwięków. Czasem się śmieje, że odkąd siebie nie pamiętam, to wiem, że śpiewałam. To jest dla mnie organiczne. Jestem dość pilną uczennicą, więc może i nawet przeszłabym przez to niemiłe dla mnie doświadczenie. Ale z drugiej strony, przecież śpiewanie to moje życie.

Przeczytaj relację z nagrywania programu „Szlakiem Gwiazd”