Iga Baumgart: Doping? Jestem jego absolutną przeciwniczką!

W walce o sukces, za którym kryją się pieniądze i sława, prędzej czy później pojawi się pokusa oszustwa. Choć w sporcie walka o miejsca na podium coraz częściej rozgrywa się w laboratoriach, ludzie pokroju Igi Baumgart stoją na straży honorowej rywalizacji. Olimpijka z Koronowa z czystą krwią i sumieniem „wybiegała” niejeden medal. Jak każdy sportowiec, miała swój spadek formy. Przez cały 2009 rok nie mogła stanąć na podium. Choć nieustannie podejmowała próby, nawet zawody najniższej rangi okazywały się być zbyt wielkim wyzwaniem. Wtedy wspierał ją chłopak. Dziś za plecami Igi stoi cały zastęp biało-czerownych kibiców. Dopingowali ją, gdy zajmowała drugie miejsca na mistrzostwach polski w 2011 i 2012 roku, a także w trakcie reprezentowania ojczyzny na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie.

Od początku miała talent do sportu. Już w podstawówce trenowała kilka dyscyplin lekkoatletycznych w tym m. in. skok w wzwyż, w dal, biegi krótkodystansowe.

– Miałam predyspozycje do uprawiania sportów lekkoatletycznych – opowiada Iga Baumgart. – Jednak, bym w pełni mogła je wykorzystać, musiałam dokonać wyboru. W decyzji pomógł mi stan zdrowia, a konkretnie problemy z kręgosłupem. Skoki odpadały. Ponadto wolałam bezpośrednią rywalizację, walkę ramię w ramię z innymi zawodniczkami – tłumaczy Iga Baumgart, mieszkanka Koronowa. – Wybrałam biegi. Startuje najczęściej na najdłuższym dystansie sprinterskim.

Z BKS Bydgoszcz związana jest od początku swojej kariery. Jednak same umiejętności nie były gwarantem przyjęcia do klubu. Sportowcy z małych miast, chcąc prawdziwie zaistnieć, muszą wyściubić nos z rodzinnych stron. – Kluby nie są w stanie opłacać pobytu swoich zawodników w mieście, w którym funkcjonują – tłumaczy Iga Baumgart. – Moje zamieszkanie w Bydgoszczy było zależne od finansów rodziców. Na szczęście sami zajmowali się sportem. Wiedzieli, jakie to ważne. Pomogli mi – opowiada olimpijka. Bez odpowiednich pieniędzy nawet utalentowana osoba nie wybije się z mniejszej miejscowości. Zostanie w niej i, niestety, jej kariera nie rozkwitnie.

Swoje umiejętności wykorzystuje w pogoni za samorealizacją i pielęgnowaniem sportowego ducha. Nie ucieka od „normalnego” życia. Widzi w nim miejsce na dodatkowe scenariusze.

– Póki wyniki są zadowalające, będę skupiała się na bieganiu – mówi Iga Baumgart. – Gdyby jednak sprawy potoczyły się inaczej, chciałabym uczyć wychowania fizycznego, zarażać młodych ludzi tym, co sama kocham. Jak na razie treningi i zgrupowania kolidują z edukacją, wydłużając tym samym studiowanie – opisuje swój alternatywny plan. – Licencjat mam już za sobą. Magisterka na UKW musi jeszcze poczekać.

Korzystanie z dopingu na zawodach, szczególnie olimpiadzie, jest stałą praktyką. Światowa Komisja Antydopingowa potrzebuje kilka dni na potwierdzenie podejrzeń obecności w krwi zawodnika nielegalnych substancji.

– Gdy w grę wchodzą pieniądze, wszystkich kusi wspomaganie swoich naturalnych predyspozycji – wskazuje Baumgart. – Spotkałam się z sytuacją, w której sześć na osiem biegaczek było pod wpływem nielegalnych substancji. Choć sama zawsze biegnę na rekord, nie jestem w stanie dawać z siebie tyle, ile mogłabym z dopingiem – relacjonuje Iga Baumgart. – Jednak jestem tego absolutnym przeciwnikiem. Po pierwszej wpadce zawodnik powinien otrzymać dożywotni zakaz startowania w zawodach. Tak się niestety nie dzieje.

Wielu traktuje występ polskiej sztafety żeńskiej 4×400, jako nieudany. One same widzą to inaczej.

– Na igrzyska trafiłyśmy rzutem na taśmę – relacjonuje Iga Baumgart. – Przed nimi byłyśmy sklasyfikowane na miejscu dwudziestym pierwszym. Po udanym biegu zakwalifikowałyśmy się na pozycję piętnastą, co gwarantowało nam udział w olimpiadzie. Do domów wróciłyśmy będąc na dwunastej pozycji wśród najlepszych drużyn sztafetowych świata. Moim zdaniem możemy nosić głowy wysoko podniesione. To było wspaniałe przeżycie.