Hanna Śleszyńska: Nie upolityczniajmy sztuki [wywiad]

Fot. Łukasz Piecyk

„Kobieta Pierwotna”, Jadzia w „Rodzinie Zastępczej”, siostra Basen w „Daleko od Noszy”, a ostatnio także „Ich Ambasadorka” w „Uchu Prezesa” – o polityce, farsie i pracy w teatrze z Hanną Śleszyńską rozmawia Michał Ciechowski.

Zaproszenie do Ambasady Izraela na spotkanie z Anną Azari jest chyba najlepszą oceną postaci, którą wykreowała pani w „Uchu Prezesa”. 

Jak usłyszałam, że po emisji odcinka ktoś z Ambasady zadzwonił i zaprosił mnie na spotkanie, myślałam, że to żart! Bardzo się cieszę, że moja praca została doceniona. Chciałam dać wyrazisty rys postaci, aby Annę Azari charakteryzowały nie tylko korale, fryzura i okulary, ale także styl. Przejrzałam wywiady, wysłuchałam jej przemówień i stworzyłam ją tak, jak potrafiłam najlepiej.  

Nie każdy z polityków podchodzi z takim dystansem do swojego bohatera. 

Myślę, że „Ucho Prezesa” działa na korzyść polityków. Gdyby tylko potrafili oni to dowcipnie skomentować, jeszcze bardziej by zyskali. A dla nas aktorów ważna jest taka opinia. Bardzo podobało mi się, że minister Waszczykowski osobiście odebrał wyróżnienie Srebrnych Ust Trójki za słynne „San Escobar”. Nagrodę przekazał na cele charytatywne i tym zapunktował.  

Pojawienie się w „Uchu Prezesa” może mieć dla aktora zawodowe skutki uboczne? 

Nie mam takich obaw. Jest to projekt rozpoznawalny, który cieszy się dużym zainteresowaniem. Wszyscy przecież uwielbiamy polityczne szopki.  

W ostatnim czasie polityka mocno ingeruje w sferę kultury. 

Nie upolityczniajmy na siłę sztuki. Jako społeczeństwo i tak jesteśmy już głęboko podzieleni. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że moja działalność artystyczna związana jest z komedią. Ludzie przychodzą do teatru, by się oderwać od codziennych zmartwień. Żądni są rozrywki. 

Czego najchętniej poszukujemy w teatrze? Śmiechu? 

Nastał szał na farsy. Ludzie chcą się śmiać, a im sztuka jest prostsza, tym lepiej się sprzedaje. Z mojego punktu widzenia jest to niepokojące. Próbuję dać widowni dowcip inteligentny. Wkrótce może się zdarzyć, że nie zostanie on zrozumiany. Nigdy nie lekceważę widza, staram się dać mu jak najlepszy „produkt”. Czasem żal mi spektakli, które są zdejmowane z afisza i odchodzą, znikają. Tak zniknął z mapy Warszawy Teatr Scena Prezentacje (pod dyrekcją Romualda Szejda), gdzie z ogromną przyjemnością grałam w zabawnych francuskich sztukach. 

Improwizuje pani na scenie? 

Z tą improwizacją u aktorów nie jest tak prosto. Przed laty nikt nas w szkole tego nie uczył. Oczywiście w sytuacjach, gdy ktoś zapomni tekstu – ratujemy się, jak kto umie. Są nawet zabawne sytuacje! W moim monodramie „Kobieta Pierwotna” zostawiam sobie margines na improwizacje – gdy rozmawiam z przypadkowo wybranym widzem. Natomiast dobra komedia jest jak matematyka – tempo akcji, rytm podawania testu, czas trwania pauzy. To wszystko jest wypracowane, obliczone na konkretny efekt. Trzeba mieć w sobie pokorę wobec widza i wobec gatunku. I dużo, dużo pracować… 

I tyle razy rzucała pani ten zawód? 

Nigdy. Były momenty, w których mówiłam: „Boże, dlaczego muszę się ciągle tak denerwować przed premierą!”. Podświadomie jednak od dziecka pragnęłam być na scenie. Nie ciągnie mnie do czerwonych dywanów i premier, ale do takiej normalnej pracy. W Rosji mówi się na to „służenie teatrowi”. I jest to prawda – stale przygotowujemy się do spektakli, pokonujemy stres i pracujemy od rana do nocy. Służymy teatrowi, ale jest to nasza pasja!