Gra w rugby to nie przelewki. Zwłaszcza dla osób na wózkach inwalidzkich

Robert Krzyżanowski na wózku porusza się od czternastu lat. Na skutek wypadku cierpi na dysfunkcję zarówno dolnych, jak i górnych kończyn. Barierę stanowią dla niego nie tylko krawężniki, problem sprawia nawet uniesienie kubka. Nieco ponad trzy lata temu jego życie nabrało jednak rozpędu. I to dosłownie, bo przesiadł się na wózek do gry w rugby.

– Obejrzałem film „Murderball” i zacząłem szukać informacji na temat niepełnosprawnych grających w rugby. Tak dowiedziałem się o bydgoskich Jokersach. Zadzwoniłem, zostałem zaproszony na trening i tak już zostałem – wspomina koronowianin.

Rugby na wózkach w latach 70. ubiegłego wieku wymyślili Kanadyjczycy, nic więc dziwnego, że początkowo ta dyscyplina rozwijała się głównie w tym kraju i sąsiednich Stanach Zjednoczonych. Z czasem jednak zaczęła zyskiwać zainteresowanie również w Europie. Do Polski gra dotarła w 1997 roku.

– Każda osoba poruszająca się na wózku powinna spróbować swych sił w jakimś sporcie. Prawie każdy ma swój odpowiednik w wersji dla niepełnosprawnych, ale rugby są jedyną dyscypliną dla tetraplegików, czyli osób z niedowładem rąk i nóg. Do koszykówki jestem za słaby, nie dorzuciłbym piłki do kosza. W rugby natomiast punkty zdobywa się przejeżdżając wózkiem przez linię – tłumaczy Robert.

W grze biorą udział dwie drużyny, liczące po czterech zawodników. Przed meczem oceniani są oni w skali od 0,5 do 3,5 punktu w zależności od stopnia niepełnosprawności. Suma całej drużyny nie może przekroczyć ośmiu punktów, dlatego na boisku mogą pojawiać się zarówno gracze silniejsi, jak i słabsi.

– Znajomi mówią, że jak na 0,5 pkt. jestem bardzo silny. Potrafię dziennie przejechać nawet dwadzieścia kilometrów. To bardzo dużo, nawet rehabilitantka mówi mi czasem, bym przystopował. Ale trenuję, bo nie lubię w trakcie zawodów schodzić z parkietu. Niektórzy schodzą po kilku minutach. Żeby grać od początku do końca, trzeba się fizycznie przygotować.

A mecz trwa aż półtorej godziny. Toczy się on na boisku do koszykówki, a zawodnicy korzystają z piłki jakiej zwykle używa się do gry w siatkówkę. Celem graczy jest zdobycie jak największej liczby punktów, a dostaje się je za przekroczenie z piłką linii bramkowej przeciwnika. Nie jest to jednak proste zadanie.

– Jest to sport kontaktowy, pojawiają się więc kontuzje. Zawodnicy nie mogą się wprawdzie dotykać, ale zderzają się wózkami. Gdy dwie osoby na siebie wpadną, zdarzają się wywrotki. Otarcia czy złamany palec to w takiej sytuacji nic nadzwyczajnego. Samo przewrócenie przeciwnika nie jest jednak traktowane jako faul. Kary wymierza się, m.in. za wjechanie z rozpędem w tył czyjegoś wózka – dodaje Robert.

A wózków są dwa typy. Krótsze i węższe, przeznaczone dla atakujących, czyli wysoko punktowanych zawodników. Dłuższych i szerszych wózków ze zderzakami używają osoby niżej punktowane. Mają one za zadanie blokować przeciwników i torować drogę swoim.

– Wózek indywidualnie dopasowany do zawodnika kosztuje około 20 tys. zł. Przez pierwszy rok grałem na wysłużonym wózku treningowym, mój własny dostałem w prezencie od marszałka. Jak się na niego przesiadam, otwiera się przede mną zupełnie inny świat. Inna pozycja pozwala osiągać znacznie większe prędkości niż na wózku, na którym poruszam się na co dzień.

To jeden z powodów, dla których tetraplegicy próbują swych sił w tym sporcie. Drugim jest zauważalna poprawa kondycji.

– Co wyjeździmy w sali, jest nasze. Treningi są bardzo ciężkie, nie oszczędzamy się. Ale ten sport bardzo rozwija. Po półtora roku gry mogłem już pojechać na obóz aktywnej rehabilitacji nie jako uczestnik, ale instruktor. Naprawdę warto spróbować – zachęca sportowiec.

Dziś Robert Krzyżanowski gra z kadrą narodową, w turniejach ligowych, meczach towarzyskich i kadrze niskopunktowców, czyli zawodach dla drużyn złożonych z zawodników ocenianych do 1,5 pkt. Wierny pozostaje jednak Jokersom, mówi, że będzie z nimi grać tak długo aż zdobędą mistrzostwo Polski.

– Żałuję tylko, że u nas jest to tak mało popularna dyscyplina. Nie ma zainteresowania mediów, nie ma też pieniędzy na jej rozwój. Tymczasem mecze rugbistów na wózkach przyciągają na paraolimpiadzie tłumy. Publiczności jest tyle, że zawsze jest pełna hala.