Dariusz Meller: Spadające gwiazdy

(fot. archiwum)

Jest takie powiedzenie „better dead than red”, czyli „lepiej być martwym niż czerwonym”. I tak sobie myślę, w jakiej to „korzystnej” sytuacji są tacy wielcy Polacy jak „Łupaszka” czy „Zapora”, którzy zginęli za Polskę i tak przeszli do historii. Ale zginęli właśnie dlatego, że sami woleli być martwi niż czerwoni.

Jest to zasadnicza różnica pomiędzy pokoleniem wychowanym w II RP (choć i z niego wielu po wojnie okazało się kanaliami), a niektórymi przedstawicielami homo sovieticus. Przykro bowiem patrzeć, jak bohaterowie walk z komunizmem, ludzie „Solidarności” rozmieniają na drobne swoją chwałę. Żal patrzeć, jak kolejne gwiazdy „Solidarności” spadają z firmamentu Ojczyzny i lądują na bruku. Przoduje oczywiście Wałęsa, który już dawno przebił dno wszelkiego upadku, ale inni próbują mu dorównać.

Ostatnio taki np. Frasyniuk, który wraz z tzw. Obywatelami RP, zwanymi prześmiewczo UBywatelami, zakłócił legalny przemarsz i jak ostatni chuligan szarpał się z policjantami. A jeszcze niedawno chwalił się, że „oni obalili komunizm”. Wyprostował go natychmiast Czarzasty z SLD, że nie obalili, tylko „się z komunistami dogadali”. Ja powiem, że jednak obalili, ale… niejedną półlitrówkę z Kiszczakiem. Odnośnie ostatniej awantury fajnie Frasyniukowi odpowiedział Paweł Kukiz: „przeklinam dni, gdy w latach 80. krzyczeliśmy we Wrocławiu <uwolnić Frasyniuka>”.

Ja to samo mogę powiedzieć o Janie Rulewskim, którego popisy można śledzić ostatnio w TV. W czasie, gdy pobili go milicjanci w 1981, to myśmy w ogólniaku zbierali podpisy pod apelem protestacyjnym w jego obronie. Dziś się tego wstydzę. Podsumowując: tak jak na wskroś demoralizujące było blatowanie się z komunistami, to podobne efekty przynosi blatowanie się z PO, czego ewidentnym przykładem jest Kazimierz Sowa, z zawodu ksiądz (można rzec – od słowa do… Sowy).