Czy Gzin zostanie drugim Biskupinem? [zdjęcia]

Gzin chce zostać drugim Biskupinem. Grodzisko na tym terenie istniało 500 lat przed naszą erą. Dziś żyją tu ludzie wskrzeszający tradycje pradziadów. Tu chleb musi być na liściu chrzanu, a powidła śliwkowe gotuje się dwie doby na too much viagra ognisku. Mieszkańcy nie chwalą się już, gdy znajdą wiekowe monety. Wszystkie musieliby oddać do muzeum. Późnym latem i jesienią po świeżym rżysku spacerują turyści z wykrywaczami metalu. Wiedzą, że pod ziemią na tym terenie kryją się skarby. – Zawsze mówili mi, że to dziura – śmieje się Jan Majdanik, jeden z najstarszych mieszkańców wsi. – Trochę świata zwiedziłem i większe dziury widziałem. Profesor viagra next day delivery usa Jadwiga Chudziakowa wszystkiego z ziemi nie wykopała, mimo, że prowadziła tutaj wykopaliska archeologiczne między 1968 a 1976 rokiem. Wiele osób kamyczek po kamyczku przeszukiwało ten teren, żeby wyruszyć w ekscytującą podróż do jądra naszej cywilizacji. Wszak grodzisko to zaliczamy do elementów kultury łużyckiej – podwaliny państwa polskiego. – Historię czuje się tutaj na każdym kroku – mówi Rafał Mityński, spacerujący po miejscowości mieszkaniec Wielkopolski. – Jeżeli ktoś interesował się kiedyś prastarymi dziejami naszego kraju, to wie, że takie miejsca są unikatowe. Z góry widać układ grodziska, gdy leci się paralotnią. Ale prawdziwe skarby ludzie mają po domach. Wiele czasu tutaj spędziłem, więc wiem, na czym wzorują się uprawiając chociażby garncarstwo. Przybysz jest tajemniczy, ale i mieszkańcy nie o wszystkim chcą mówić. Nie chcieliby, żeby charakter miejscowości się mocno zmieniał. Jej klimat jest dziewiczy i czysty. Im więcej tajemnic, tym lepiej. Bo lubią sami być odkrywcami, a nie wszystko dostawać na tacy. – Chcemy powołać w Gzinie do życia wioskę tematyczną – mówi Jerzy Tomkiewicz, właściciel gospodarstwa agroturystycznego w miejscowości. – U nas wiele osób sięgnęło do tradycyjnych przepisów, które pomagają zachować smak i aromat staropolskiej kuchni. Wielokrotnie byliśmy nagradzani na różnych konkursach za chleb na zakwasie i jagnięcinę. Każdy, kto do nas przyjedzie, zachwyca się finezją tych dań. A rano może posłuchać klangoru żurawi, odpocząć po południu w cieniu brzóz obserwując zadomowione tutaj bażanty. Wieś, w istocie, sprawia wrażenie sielskiej – wprost wyrwanej z innego okresu – z twórczości Kochanowskiego. „Wsi spokojna, wsi wesoła”. – Lepsze powietrze jest w Gzinie, więc ludzie się do siebie uśmiechają – dodaje Irena Tomczykiewicz, żona Jerzego. – Nie wyobrażam sobie, żebym żyła kiedyś w innym miejscu na ziemi. Z mężem trudniliśmy się krawiectwem. Osiedliliśmy się tutaj, nawet nie pamiętam ile lat temu. Zakochaliśmy się w tym krajobrazie i muzyce płynącej wprost z natury. Rzeczywiście, trudno spotkać w tej, położonej rzut beretem od Bydgoszczy, wsi kogoś, kto byłby nieprzychylny przyjezdnym. Choć akurat mamy niedzielę – przewodników nie brakuje. Pokazują każdy zakamarek. Częstują chlebem, serem i swojskimi wędlinami. Jak nakazuje polska gościnność. Trudno uwierzyć skręcając z głównej drogi Toruń-Bydgoszcz, że za kilka kilometrów można znaleźć się innym świecie pradoliny Wisły. Profesor Chudziakowa z UMK odkryła tutaj 61 jam, w których znaleziono szczątki ludzkie świadczące o uprawianiu w grodzie kanibalizmu kultowego. To tutaj schodzili się mieszkańcy pobliskich osad na rytualne obrzędy. Do dziś w lesie obok miejscowości znajdujemy kilkunastometrowe wały tworzące czworobok. Jan Majdanik starożytnych naczyń, grotów strzał czy brzytew nie widział. Ale pamięta wojnę, która bezpardonowo zabijała ciszę – wyróżnik miejscowości. – Obok kapliczki jest pomnik poświęcony tym, których Ruscy wywieźli – mówi 82-latek. – Mój wujek tylko wrócił z niewoli niemieckiej, zdążył wejść do domu i zjeść zupę, a już przyszli po niego Rosjanie. Tym razem już nie wrócił. Jego koledzy z klasy po wojnie znaleźli tutaj skarb. – Pamiętam jak dziś, bo tego dnia nie byłem w szkole – mówi Jan Majdanik. – A szkoda, bo może też bym to wykopał. Koło figurki Matki Boskiej zaczęli grzebać. Znaleźli puszkę, a w niej same złote monety. Trochę udało im się schować, zanim dorośli się wywiedzieli. Milicja i służby potem tutaj przyjeżdżały. Ale kto tam wie dokładnie, co zabrali i co chłopaki dokładnie znaleźli. Starszy mężczyzna marszczy brwi, gdy opowiada o gospodarstwach, które kiedyś były na tym terenie. – Każdy miał kury, świnie, jakieś bydło – mówi dosadnym, ale smutnym tonem. – Teraz mali gospodarze są wykańczani. Stawia się tylko na tych, którzy mają wiele hektarów. W Gzinie staramy się zachować normalność. Bo co to byłaby za wieś, gdyby człowiek rano koguta nie usłyszał, nie mógł zjeść swojskiego mięsa czy napić się mleka. Prosto od krowy, a nie z supermarketu. Gospodarstwa agroturystyczne w miejscowości są aż trzy. W jednym z nich odnajdujemy owce. Małe pasą się obok naszych nóg. Wcale się nie boją. Kucyk Kuba zaczepił się o gałąź, ale już poradził sobie z przeszkodą i przybiega zaciekawiony do ogrodzenia. Wie, że tam dostanie swoje ulubione marchewki. Dzieci, które tutaj przyjeżdżają, uwielbiają go karmić. W mieście nie ma takich atrakcji. Tutaj mogą też ukryć się we własnym, drewnianym domku. Przecież każdy w dzieciństwie chciał mieć taki na drzewie. – Nie wiem nawet, czy wszyscy pamiętają w cialis generic ogóle takie czasy – śmieje się Jerzy Tomkiewicz. – Legenda nawet o miejscowości jest, ale niezbyt chlubna. Dotyczy kradzieży monet z mennicy bydgoskiej, której dopuścić się mieli miejscowi. Nie wiadomo do końca ile w niej prawdy, ale faktem jest, że w 1963 roku jeden z rolników podczas orki wykopał skarb. Kufer ważył ponad 8 kilogramów. Było w nim ponad 6,5 tysiąca propecia viagra monet – głównie z XVII wieku – okresu rządów Zygmunta III Wazy. Chłop znalazł trojaki, szóstaki, półtoraki szwedzkie i te, specjalnie bite na cześć króla. – Wybijam monety w naszym gospodarstwie – dodaje Jerzy Tomkiewicz. – Bogata tradycja zobowiązuje. Może nie mają one takiej wartości, co ten skarb, ale każdy chętnie na pamiątkę bierze. Nie dziwota, że wykrywacze metalu idą na tym terenie w ruch. Ale ludzie przyjeżdżają tutaj zazwyczaj nie dla pieniędzy. Raczej dla klangoru żurawi, towarzystwa czapli i niepowtarzalnej atmosfery.