Chemia wrogiem pszczół, a więc i naszym

Pszczelarze w tym roku borykają się z wyjątkowo nasiloną falą zatruć w pasiekach. Porozmawialiśmy z ekspertem o stanie hodowli tych owadów w regionie oraz zagrożeniach, jakie niesie ze sobą spadek ich populacji.

 

Pomorsko-Kujawski Związek Pszczelarzy obejmuje swoim zasięgiem teren dawnego województwa bydgoskiego oraz gminy Chojnice i Trzemeszno. Zrzesza na tym obszarze blisko 950 członków posiadających łącznie 25 tysięcy rodzin pszczelich. Nie wszędzie pasieki rozłożone są jednak równomiernie przez co hodowcy i okoliczni rolnicy mogą mieć problemy.

– Są miejsca gdzie pszczół jest za dużo i pszczelarze mają tam problem, by osiągnąć odpowiednią ilość miodu. Nie brakuje też takich, w których pszczół jest za mało – mówi Jacek Paul, prezes Pomorsko-Kujawskiego Związku Pszczelarzy.

Brak owadów szczególnie dotkliwy jest dla producentów rzepaku. By osiągnąć odpowiednie zapylenie, na hektar rzepaku powinny przypadać minimum cztery rodziny pszczół. Szacuje się, że obecnie tylko trzydzieści procentu praw rzepaku ma takie obłożenie. Nieco inaczej wygląda sytuacja zbiorów z akacji, które na terenie naszego województwa niemal nie występują. Większe skupiska tych drzew sadzone są jedynie wzdłuż ulic w miastach, ale władze wielu z nich wprowadzają ograniczenia dotyczące obecności zwierząt na swoim terenie.

– Z jednej strony szkoda, że w naszych miastach pszczoły nie są mile widziane, ale z drugiej sporo osób jest uczulonych na ich jad, między innymi moja żona, więc rozumiem to – przyznaje Jacek Paul.

Prezes związku nie rozumie natomiast, dlaczego podobne zakazy stosuje się w niektórych ogrodach działkowych w naszym regionie. Niewiele gatunków owadów jest bowiem w stanie zapylić porastającą je roślinność. Pszczelarz podkreśla, że wolno żyjących pszczół już u nas prawie nie ma. W przyrodzie coraz mniej jest też szerszeni oraz muchówek, których populacja w każdym sezonie musi się odradzać niemal od zera.

-Wszystkiemu winna chemia, a w tym roku zauważamy nasilenie wytruć. W instrukcjach do środków ochrony roślin często zawarta jest informacja, że nie szkodzą one pszczołom, więc rolnik myśli, że może pryskać nimi kwitnące rośliny. Mało kto jednak wie, że pszczoła spryskana takim środkiem, choć nic jej się nie dzieje, przestaje pachnieć ulem, a zaczyna chemikaliami. Inne pszczoły takiej do ula z powrotem nie wpuszczą, więc ginie. W tym roku już kilkadziesiąt takich zgłoszeń do nas dotarło. Kilka spraw trafiło nawet do sądu.

Zdaniem pszczelarza ważne jest to, by rolnicy wykonywali opryski pod wieczór, a nie w okresie aktywności pszczół. Problem polega na tym, że właściciele gospodarstwo znacznej powierzchni nie są wstanie wszystkich prac wykonywać po zmierzchu.

– Wiem, że rolnicy, którzy mają dużo upraw, nie chcą kupować dodatkowych maszyn, jednak powinni tak planować pracę, by nie szkodzić pszczołom. W końcu gdyby nie one, nie miałby kto zapylać roślin. Szacuje się, że gdyby wyginęły pszczoły, wyginie również około czterystu gatunków roślin wykorzystywanych przez człowieka. Czarne scenariusze stawiające znak równości pomiędzy brakiem owadów a katastroficznym głodem nie są więc dalekie od prawdy.

– Nauka czyni cuda, ale na samej chemii nie przeżyjemy – ostrzega Jacek Paul. – Mu-simy o tym pamiętać, nim pszczoły staną się zagrożonym gatunkiem. Owszem, odtwarza się wymierające populacje, ale wiąże się to z ogromnymi kosztami i nie zawsze przy-nosi pozytywne skutki. Materiał genetyczny zwierząt ratowanych na siłę jest słabo urozmaicony, bo pochodzi z niewielkiej puli, a to doprowadza do chorób i osłabienia gatunku.

Kolejną grupą preparatów niebezpiecznych dla populacji pszczół są nowoczesne środki kontaktowe do ochrony roślin. Problem stwarza, m.in. kukurydza modyfikowana genetycznie, z której wprawdzie pszczoły nie zbierają pyłku, ale piją osadzającą się na niej wodę. Środki zawarte w roślinie przenikają do wody i zabijają owada wciągu kilkunastu minut.

– Nauka idzie do przodu, ale materiały dostępne na naszym rynku są już przestarzałe. Niemiecki koncern farmaceutyczny eksportuje do nas to, co na Zachodzie jest już zakazane i mamy przez to takie, a nie inne efekty – tłumaczy pszczelarz.

Dodaje, że dużym problemem obecnie są też choroby pszczół, na które nie ma leków. Te same koncerny, które wprowadzają na nasz rynek środki ochrony roślin, prowadzą też badania nad lekarstwami dla świń czy drobiu, ale nie interesują się losem pszczół. Tymczasem cała Europa i zdecydowana większość świata boryka się z warrozą.

– W nieleczonej pasiece warroza po roku wybija całą populację – mówi Jacek Paul. -A jedynym dotąd lekarstwem na rynku jest Apiwarol – środek wyprodukowany w latach osiemdziesiątych. Od tamtego czasu nie wymyślono nic innego, bo nikt nie chce wydawać pieniędzy na przeprowadzenie badań.

Prezes PKZP zauważa, że za choroby w znacznej mierze odpowiedzialność ponoszą europejscy naukowcy. To oni sprowadzili na nasz kontynent gatunki z Azji i Afryki, chcąc wyhodować bardziej wydajne krzyżówki. Wraz z obcymi owadami sprowadzone zostały jednak też wirusy, które nie szkodzą egzotycznym przybyszom, a dla naszych są wyniszczające