Bar Ziemniak to przykład na to, że na własny interes nigdy nie jest za późno

Z końcem marca blisko 700 osób straciło pracę w bydgoskim Zachemie. Wśród nich byli Grażyna i Stefan Thielmann. Życiowe problemy zmotywowały ich jednak do działania. W Białych Błotach otworzyli swój własny biznes. – Mój mąż nigdy nie je placków ziemniaczanych, a tutaj wziął jeszcze na wynos – mówiła jedna z klientek „Baru Ziemniak” w czasie otwarcia lokalu.

Pyry, kartofle czy grule, a jednym słowem – ziemniak. To on jest podstawowym składnikiem menu w lokalu Grażyny i Stefana Thielmann. Znajdziemy tam m. in. gzika, placek po węgiersku czy gulasz z warzywami.

– Takie opinie są bardzo budujące na starcie – uważa właścicielka i jednocześnie kucharka w ziemniaczanej restauracji. – Wiemy wtedy, że wielomiesięczny trud przy przygotowaniu baru zaczyna przynosić wymierne korzyści. Nie bazujemy na gotowych produktach.

Tak łatwo na początku nie było. Przełom zimy i wiosny był dla rodziny Thielmannów jednym z najgorszych w ich historii. Pracę stracili wszyscy – także dwójka ich dzieci. O posadę, jak sami przyznają, w tym wieku bardzo trudno.

– Ile jesteśmy po ślubie? Chyba ze 100 lat – śmieją się małżonkowie. – Nie ma jednak, co ukrywać. Czego mogą oczekiwać od rynku pracy osoby z dwójką dorosłych dzieci?

Grażyna z koleżanką zaraz po stracie pracy w Zachemie uczyły się niemieckiego, aby pracować jako opiekunki osób starszych w Niemczech. Koniec końców pomysł porzuciła i przy wsparciu męża zaczęła myśleć nad własną gastronomią.

– Za dużo nasłuchałam się od znajomych o kebabie, pizzy czy naleśnikach, żeby pójść tą samą drogą – mówi Grażyna. – Domowego jedzenia z ziemniaków, przynajmniej w okolicy, nikt nie ma. Nie chciałam pakować do menu wszystkiego, bo trzeba liczyć siły na zamiary. Gdy jednak ktoś pyta nas o naleśniki, to najzwyczajniej w życiu polecam lokal w pobliżu. Mam nadzieję, że oni też kierują klientów pytających o potrawy z ziemniaka.

Thielmannowie wynajmują lokal przy ulicy Szubińskiej w Białych Błotach. Sprzęt udało się zakupić z oszczędności i odprawy z ostatniego zakładu pracy. Sporo udało się osiągnąć dzięki unijnym funduszom w ramach projektu ”Dalszy krok”. To propozycja aktywizacji zawodowej specjalnie dla osób, które wcześniej pracowały w Zachemie. Koszty rozpoczęcia inwestycji były jednak niemałe, bo już sama maszyna do przygotowania ziemniaków to wydatek w okolicach 4 tys. złotych. Dziennie przechodzi przez nią minimum worek bulw.

Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i Thielmannowie chcą rozwijać swoją ofertę, myśląc m. in. o cateringu. O kłopotach nie myśleli, bo nie mieli na to czasu.

– Nie było okazji nawet do załamania czy depresji, gdy osuwał się nam grunt pod nogami – dodaje Stefan. – Teraz nie narzekamy na brak pracy, a czas wolny to rarytas. Codziennie przed otwarciem baru kupujemy świeże warzywa, a po jego zamknięciu czeka nas sprzątanie. A to, że udało się przetrwać kryzysy, to tylko zasługa tego, że trzymamy się razem od tych naszych 100 lat.